Hope hidden in the Silence...
Minione Nadzieje
2011
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2010
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2009
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2008
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2007
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2006
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec





Inne światy:
by Raini
by Vedzia
by Amari
by Els
by Life&Death
by me ^^



Postacie:
czyli
~~LISTA PŁAC~~


Rycerzaści:
Aries - Shion
Aries - Mu
Taurus - Aldebaran
Gemini - Saga
Gemini - Kanon
Cancer - Death Mask
Leo - Aiolia
Virgo - Shaka
Libra - Dohko
Scorpio - Milo
Saggitarius - Aiolos
Capricorn - Shura
Aquarius - Camus
Pisces - Aphrodite

Bogowie:
Atena -_-
Hades *^^*
Hekate :P
Hera
Ares

Niegdysiejsze brązy:
Mhroczny Shiryu
Mroźny Hyoga
Ptasiek Ikki XD
Słodziasty Shun

Postacie poboczne:

*z Imperium:

Kyo - mistrz Nemi i Shuu
Van Panel - mistrz Vedzi
Majris - mistrzyni Silki
Ultar - mistrz Raini
Ajax - mistrzyni Kyo
Shama - mistrz Segno
Miri

*Czterej Kardynałowie
Ares - Rubinowy
Xavier - Opalowy
Edziu - Bursztynowy
Set - Szmaragdowy

*z Królestwa Gai
Sauri
Kouri
Rinou

*Amazonki
Kaori - królowa
i jej przyboczne:
Schedar
Segin
Achird

*Mhroczne Elfy
Neithir - książę
Tinwe - jego siostra
Eithen
Yngvan

*Przybysze z innego wymiaru
Lord Nemi XD
Lady Segno XD

Inne dziwne stwory:
Iluzoryczna Shuu *^^*
(publika szaleje)
Krwawa Silene
Różowa Vedzia alias Gaia
Zerojedynkowa Raini
Imperator Feniu
Powietrzna Nemi
Tęczowa Segno XD
Świstak Zenek lol
Czarny Smok Sherr
Jednorożec Elia
...i Tajemnicza Wyrocznia:P


jedyna i niepowtarzalna ofiara losu:
Pegaz - Seiya





różne inne wiadomości :P

kolory misji:
(od najłatwiejszej do najtrudniejszej)
zielona
ciemno-zielona
błękitna
granatowa
fioletowa
różowa
czerwona
czarna

hierarchia
Frędzelki żółte:
(żółtodzioby)
1 ranga
2 ranga
3 ranga
4 ranga
5 ranga -> przechodzi do mistrzów
Frędzelki czerwone:
(mistrzowie)
1 klasa
2 klasa
3 klasa




Kalendarium
Arachia 3 Luty
Silene 10 luty
Kaori 7 marzec
Fen 2 kwiecień
Raini 6 kwiecień
Sherr 30 kwiecień
Nemi 30 czerwiec
Segno 25 sierpień
Edziu 8 wrzesień
Vedzia 21 wrzesień
Elia 18 październik
Feniu 15 listopad
Tinwe 20 listopad

co by nie zapomnieć :P


Twórcze wizje
Silka, Vedzia i Shuu
Nemi, Segno, Ultar i Shama
Kouri i Sauri
Amazonki
Po prostu Mu XD
Mu ^^
znowu Mu
Saga i Camus wersja by Shuu
Kyo ^^
Kyo :P
same kudły xD
Ultar^^
Mhroczna Elfka :3
Shama XD
Shama po raz 2
Majris
Afro w kultowej scenie _^_
Jego Hybrydowatość - Imperator XD


PARKI *^^*
Vedzia i Milo
Raini i Bliźnie... pytanie które ;]
Sil i Camus
Tinwe i DM
*^^*
Don't go T.T
Shuu & Mu
I am


Twórcze wizje by Nemi
Kyo Shuu i Mu :P
KYO
Znowu Kyo
I jeszcze raz :)
ULTAR
Ultar once again ^^
Shamuś *.*
Lord Nemi XD
Lady Segno _^_
Dużo Ludu *^^*




04.12.2010 :: 00:03
EPILOG

50 lat później.
Ławeczka w parku.
Blondynka w średnim wieku siedzi na jednym końcu, starszy, siwy mężczyzna na drugim. Między nimi rozłożona szachownica. Partia trwała już jakiś czas, ale żadna ze stron nie zdobyła poważnej przewagi.
Dwójka graczy była tak pochłonięta obmyślaniem strategii, że nawet nie zauważyła jak podszedł do nich wysoki, długowłosy chłopak.
- Wiecie, że jak gracie, trudno się do waszych mózgów dobić? – zapytał, przywracając ich do rzeczywistości.
- Xavi – zamrugała zdziwiona blondynka.
- No popatrz, popatrz. Co też takiego się stało, że pofatygowałeś się do nas osobiście? – zapytał staruszek.
- Mówię przecież, że jak gracie, to nie można się do was na odległość dobić – uśmiechnął się anielsko swoim zwyczajem, ale w głosie dało się słyszeć szczyptę niezadowolenia.
- A co chciałeś nam powiedzieć? – zapytała kobieta.
Xavi uśmiechnął się tajemniczo.
- Shuu… - mruknął staruszek. – Chodzi o nią, prawda?
Xavi skinął głową.
- Miri, Ultar, przyszedłem was powiadomić, że Shuu umarła.
Siwowłosy Ultar, który nadal miał swój warkoczyk (:P), tylko o wiele krótszy, westchnął jedynie.
- Jak? – zapytała krótko Miri.
- Po prostu zasnęła sobie.
- Przyjemnie, tym razem – podsumowała.
- Chcecie ciekawostkę do tego? – zapytał widocznie roznoszony posiadaną informacją Xavi.
- No dawaj, bo zaraz wybuchniesz jak nie powiesz…
- Dokładnie 50 lat temu, w tym samym dniu… zgadnijcie, kto zginął?
- Nie pozostawiasz cienia wątpliwości – uśmiechnął się Ultar. – Mu.
Xavi pokiwał głową.
- Super, ale nie wiesz pewnie, gdzie i kiedy się odrodzi? – zastanowiła się Miri.
- Wiem dokładnie – stwierdził tajemniczo. – Już się odrodziła…
- Dokończ – warknęła Miri. – Nie lubię jak tak zawieszasz głos.
- Pamiętacie ten wiecznie towarzyszący jej cień, postać, obecność, czy jak to nazwać? Towarzyszy jej nawet w kolejnym wcieleniu.
Miri dosłownie opadła szczęka.
- O cholera – mruknął Ultar.
Milczeli przez dłuższą chwilę.
- Ale najgorsze, że ona nie będzie pamiętać… Wyobrażacie sobie, być smarkaczem, któremu zawsze towarzyszy coś? Prosta droga do psychiatryka!
- Nie panikuj. Może nie będzie tak źle – próbował pocieszać Ultar.
- Weź mnie nie wkurzaj – Miri machnięciem ręki zmiotła wszystkie pozostałe pionki z szachownicy. – Ty też już niedługo zrobisz reset… A ty – zwróciła się do Xaviego. – Znowu gdzieś wsiąkniesz. I będzie nudno.
- Ale z jednym się zgodzę – stwierdził siadając na środku ścieżki, przy której stała ławka, Xavi. – Nie rozumiem dlaczego i ty i Shuu kasujecie sobie pamięć.
- Świeży start – uśmiechnął się Ultar. – Budzisz się z czystą kartą i przez co najmniej kilkanaście pierwszych lat masz święty spokój, albo puzzle – uśmiechnął się do siebie z ironią.
- Puzzle? – zdziwiła się Miri.
- Coś jak po kacu, gdy budzisz się rano we własnym łóżku i próbujesz prześledzić drogę do niego. Dysponujesz jedynie kawałkami, oderwanymi strzępami wspomnień czyli puzzle.
- Fajna analogia – parsknęła Miri.
- Aczkolwiek bolesna w praktyce – stwierdził Ultar z jakimś żalem w głosie. – No, ale ryzyko zawsze jest. A co wy macie z tego, że wciąż wszystko pamiętacie? Mały reset od czasu do czasu służy.
- Czy ja wiem – Miri spojrzała w niebo. – Ja w przeciwieństwie do Xaviego zmieniam ciała… to kim jestem to moje wspomnienia… boję się, że gdybym je straciła, odrodziłaby się już inna osoba… Chociaż, gdy patrzę na ciebie i Shuu… Za każdym razem jesteście inni, ale mimo wszystko tacy sami. Zawsze mnie to zastanawiało. I czasami nawet myślałam, żeby spróbować…
- Ale boisz się, że akurat wtedy, gdy nie będziesz pamiętać, spotkasz go? – zapytał cicho Xavi.
Miri nie odpowiedziała, ale lekko przymknęła oczy.
- Patrzcie co mam – zamachał kilkoma zeszytami Xavi, próbując rozjaśnić nieco pochmurną atmosferę.
- Zeszyty? Do szkoły idziesz? – zdziwił się Ultar. – Trochę późno.
- No co ty? Na naukę nigdy nie jest za późno – uśmiechnęła się złośliwie Miri.
Xavi zrobił nadąsaną minę, ale podał Miri zeszyty.
- Pamiętniki? – zwątpiła. – Żartujesz prawda? To nie są jej pamiętniki…
- Ależ są, są! – Xavi spuchł z dumy, objął ramionami kolana i bujał się jak kołyska.
Ultar uniósł brew i spojrzał na Miri, jakby sprawdzając jej reakcję. Było tak jak przewidział, wkurzyła się, choć zdradzało to jedynie drżenie mięśnia wokół oka (zwane również tikiem nerwowym :P).
- Ukradłeś pamiętniki – stwierdziła lodowatym głosem.
- Nie ukradłem. Wziąłem sobie. Leżały.
Miri zacisnęła dłonie, w których znajdowały się pamiętniki Shuu i nie do końca panując nad swoimi zdolnościami, zaczęła wchłaniać wspomnienia, czy może raczej, zapisane tam wspomnienia same na nią napadły…
Stanęły jej przed oczami sceny opisane w zeszytach. Nie chciała tego, w każdym razie nie świadomie…
Pierwsze wspomnienia, które ją zaatakowały przegalopowały tak szybko, że ledwo zarejestrowała, iż dotyczyły pobytu Shuu w szeregach Imperium. Potem jej nie udana misja w świątyni, jakieś przewrotne pomysły obu Baranów co do jej osoby, coraz większe zainteresowanie osobą Mu… aż do tego cholernego dnia, jakieś 50 lat temu. Nikt tak naprawdę nie wiedział, co może się stać, gdy mur ograniczeń jakie założył Feniu pęknie… kto mógł przypuszczać, że będzie to śmiertelne dla wszystkiego w promieniu 20 kilometrów z wyjątkiem samej zainteresowanej…
I to zaklęcie… ze wszystkich zaklęć, dlaczego akurat to nawinęło się wtedy Shuu na język?
Dalej we wspomnieniach zapanował półmrok. Widziała samą siebie jak próbuje na zmianę z Ultarem pocieszyć Shuu, ale to wszystko było jakby za mgłą, niewyraźne…
Aż pewnego dnia, pojawił się ktoś znajomy, kto na samo dzień dobry zafundował Shuu dość drastyczne spotkanie z betonem…
Trzeba przyznać, że Shion był w podobnym stanie jak Shuu, tylko znalazł kozła ofiarnego dla swojej wyjącej z rozpaczy bezsilności, co Iluzoryczna przyjęła bez słowa, w końcu trudno zaprzeczyć faktom, ona była początkiem całego zamieszania. To ona też zabiła Mu, chociaż niechcący, ale co to kogo obchodzi… A żeby dopełnić całości to przez nią Mu nie dało się wskrzesić.
Czy mogła się dziwić, że Shion w niej widział wszelkie zło tego świata?
Łzy płynęły z oczu Miri nieprzerwanie, próbowała oderwać się od tych wizji, ale pamiętniki jakby się do niej przyssały. Nie docierały do niej głosy ani Ultara ani Xaviego.
Widziała jak Shion w przypływie wściekłości wyładował się na Shuu, ale gdy z jej strony nie było absolutnie żadnej reakcji, przygarnął do siebie…
A potem oboje zaszyli się gdzieś w odmętach współczesnego życia, zostawiając za sobą Świątynie, Imperium i dawne życie… W tym samym czasie Shuu powiedziała Miri i Ultarowi, żeby zostawili ją w spokoju, bo w tym wcieleniu nie ma zamiaru zrobić nic więcej jako fundament.
Miri widziała swoją zasmuconą twarz z perspektywy Shuu i zdała sobie sprawę, że te słowa nie przyszły jej wtedy z łatwością, ale czuła w tym jedyny sposób, aby żyć dalej. Wtedy Miri zastanawiała się dla kogo chce się męczyć, co sprawia, że mając tę pewność, że odrodzi się, nie spróbowała „zresetować” się?
Pochłonięta przez wspomnienia Shuu znała już odpowiedź na to pytanie… w czasie, gdy Iluzoryczna zrywała wszelkie więzy z przeszłością była już w ciąży. I chyba nawet ona nie była pewna, którego Barana to dziecko, chociaż aż do samego końca, aż do dnia śmierci, tliła się w niej nadzieja, że może jednak…
Dalej jeszcze dwójka dzieci i właściwie spokojne życie, niosące ze sobą co najwyżej problemy dnia powszedniego. Wieczny hałas i bałagan w domu, jakieś nieporozumienia w pracy. Wszystko w normie, szara rzeczywistość po prostu, z mężem, dziećmi, a potem i wnukami…
Shion zwinął się z tego świata raptem pół roku przed Shuu, równie cicho i spokojnie jak ona.
Ostatniemu wieczorowi z Shionem Shuu poświęciła dużo ciepłych myśli.
Był początek lata, a promienia słońca już nie dawały wytchnienia, dopiero wieczorem można było spokojnie wyjść na taras i powdychać „świeże” powietrze. Siedzieli więc sobie, para staruszków, każde pochłonięte przez swoje myśli, nie zdając sobie sprawy, że biegły niemalże tym samym torem. Oboje jednak wiedzieli, że nie są do końca sami, że nad nimi unosi się ten, o którym nigdy tak naprawdę nie rozmawiali, ale którego obecność w jakiś dziwny sposób scementowała ich znajomość. W pewnej chwili Shion wziął Shuu za rękę. Ona spojrzała na niego i uśmiechnęła się. Po kilkunastu minutach uścisk ręki starego Barana zmalał. Shuu znów spojrzała na Shiona z tym samym uśmiechem, choć z kącika jej oka spłynęła łza.
W dniu, w którym Shuu umarła zerwała się wichura. Wiatr jakby dobijał się do okna, aż w końcu wdarł się do pokoju Shuu, która uśmiechnęła się, jakby dostrzegła w powietrzu kogoś znajomego i ten uśmiech pozostał już na jej twarzy…
Miri wreszcie mogła oderwać się od pamiętników. Odrzuciła je od siebie, momentalnie zajęły się ogniem i spłonęły.
- Mam wrażenie, że ona to zaplanowała – szepnęła Miri, próbując otrzeć łzy.
- Nie zdążyłem powiedzieć, zanim oskarżyłaś mnie o kradzież, że wziąłem zeszyty, na których stało napisane „dla Miri” – stwierdził Xavi przekrzywiając głowę. – Ja ich nawet nie mogłem otworzyć.
- To jakby wszystko wyjaśnia – westchnęła.
- I co? Co tam ciekawego było? – dopytywał się Xavi.
- Chciała nam przekazać, że – zawiesiła się na chwilę Miri, ale w końcu dodała z niepewnym uśmiechem. – Że była szczęśliwa…

Ultar umarł kilka miesięcy później i odrodził się jako młodszy brat Shuu. XD

THE END


-------------------
Tym, którzy wytrwali do końca, dziękuję.

Komentuj (10)


30.11.2010 :: 22:43
198.
Kiedy ocknął się otaczała go ciemność, ale nie był to Cień... Nie czuł już jego obecności...
Znajdował się w jakimś dziwnym stanie nieważkości. Unosił się w ciemności i właściwie tylko tyle mógł zarejestrować. Gdzieś, daleko w oddali, migały do niego maleńkie światełka, jak gwiazdy na niebie... i prawdopodobnie były równie odległe.
- Optymistycznie - mruknął do siebie Shama, wciąż w postaci smoka.
Nie miał pojęcia czy w tej nicości w ogóle się poruszał, czy tylko wisiał tak sobie, od niewiadomo kiedy.
Czas... nawet nie łudził się, że dowie się ile już tu jest... i właściwie, dlaczego się tu znalazł... no bo kogo miałby zapytać?
Miał jednak wrażenie, że kiedyś już tu był, choć wtedy... wiało?

Zapadł w letarg. Nie trudno stracić w takich warunkach jakiekolwiek rozeznanie. Mózg pozbawiony bodźców zamknął się i pogrążył nie tyle we wspomnieniach, co w alternatywnych wersjach życia.
Wrócił pamięcią do wizji, które ogarnęły go, gdy znajdował się w objęciach Cienia. O sobie w roli szanowanej osoby i Majris jako jego żony, ale wizja przestała być taka piękna, gdy ona zaczęła się starzeć, a on cały czas wyglądał i czuł się tak samo młodo.

Z odrętwienia wyrwał go pęd powietrza, który nagle w niego uderzył. Wciąż tak samo ciemno, wciąż tak samo daleko do migoczących światełek...
Shama rozejrzał się nie bardzo rozumiejąc, co się stało i nagle usłyszał zdziwiony szept, bardziej podobny do szumu wiatru niż do ludzkiego głosu...
- Smok.
Powietrze znów go owionęło.
- Co smok tu robi?
- Wisi - odpowiedział Shama, nie bardzo wiedząc, z kim tak naprawdę ma do czynienia.
Usłyszał świszczenie, w którym można by się doszukać chichotu.
- Smok z poczuciem humoru. Niespotykane.
- Kim jesteś? - nie wytrzymał w końcu Shama.
- Ja? Jestem tym, który przemierza to wiszące w niebycie pustkowie - nieznajomy wypłynął na morza elokwencji. – Jestem wiecznym podróżnikiem.
- Czyli?
- Wiatr.
- Co wiatr?
- Ja jestem Wiatrem.
- Acha... i co z tego wynika?
W odpowiedzi usłyszał wycie Wiatru. Po czym nastała martwa cisza.
- Halooo, jesteś tu jeszcze?
Cisza.
Shama został sam w bezkresnej przestrzeni.
Po krótkim czasie popadł w letarg.

Znów widział jak Majris skacze za nim i Rivirem w nieznane. Jak lądują razem w nieznanym świecie i próbują się jakoś przystosować. Jak ostatecznie Majris wybiera jednak zupełnie inną drogę, z dala od swojego brata, a on podąża za nią i oboje zostają wampirami. Z tymże Shama miał problemy z dogadywaniem się ze swoją rasą i ostatecznie nawet Majris zginęła z jego ręki. Natomiast świątynia Gai nigdy nie zapadła się pod ziemię, a wojownicy Gai liczyli tysiące…

Nagły ruch powietrza znów wyrwał Shamę z jego co najmniej niepokojących wizji.
- Wciąż tu jesteś – zauważył ze zdziwieniem głos, należący ponoć do Wiatru.
- Naruszam jakieś granice?
- No właśnie nie, stąd moje zdziwienie.
Shama nie bardzo potrafił zrozumieć tego dziwnego osobnika.
- Ile czasu minęło? – odważył się zapytać. – Od kiedy mijałeś mnie tu poprzednio?
- Czasu?! – Wiatr zaszumiał rozbawiony. – A przeliczyć ci to na czas którego świata?
- Świata… - szepnął Shama.
Zabrzmiały mu w uszach słowa Wyroczni: „Kiedyś słyszałam, że istnieje świat, w którym narodziło się wiele niezwykłych, potężnych istot, ale nie mogą one opuszczać swojej ojczyzny, gdyż jeśli tylko przekroczą granice światów tracą kształt…”
Stanęło mu również przed oczami niedawno odzyskane wspomnienie, w którym razem z matką uciekał…
- Nie jestem w żadnym świecie? – zapytał w końcu.
- Dłuuugo Ci zajęło dojście do tego faktu – stwierdził wciąż rozbawiony ukryty w ciemności wędrowiec, jak sam się nazwał.
- Nie wiem, ani kiedy, ani jak się tu znalazłem.
Zapadła cisza.
- Jesteś tu jeszcze? – zapytał po dłuższej chwili Shama, zastanawiając się czy znów nieznajomy opuścił go równie nagle jak się pojawił.
- Jestem. Myślę sobie tylko, że jak na smoka jesteś mało rozgarnięty.
- Właściwie to półsmoka – poprawił go Shama.
- O! robi się ciekawie! Powiedz jeszcze, że swego czasu udało ci się uciec ze Świata Cieni przed pogromem.
- Nie bardzo pamiętam, ale podejrzewam, że tak…
- Nieźle – świsnął Wiatr i znów zrobiło się cicho.
Shama wiedział tym razem bez upewniania się, znów został tu sam. Powoli ten wędrowiec zaczynał mu działać na nerwy. Wiedział, że długo w stanie świadomości nie wytrwa i prędzej czy później nawiedzą go kolejne wizje… kolejne alternatywy, których nie chciał widzieć…
I gdy już prawie popadał w watowatą otępiałość pęd powietrza ocucił go.
- Wróciłem – oznajmił wyraźnie zadowolony z siebie głos.
- Super.
- Może powiniem Ci wyjaśnić, że ja nie mogę przebywać w jednym miejscu za długo.
- Dlaczego? – zdziwił się.
- Wiatr, rozumiesz, taka natura – odpowiedział, ale jakoś tak cichym, martwym głosem.
- To po co tak do mnie wracasz? – niemal warknął Shama.
- Jak chcesz możesz sobie tu wisieć w niebycie, ale z doświadczenia wiem, że jest to średnio przyjemne… zajęcie… Więc pomyślałem, że może chciałbyś wrócić do swojego świata?
- To znaczy do którego… w kilku już byłem.
- Do Świata Cieni? Tam, skąd myślisz, że pochodzisz?
Shama zamilkł wpatrując się w ciemność i w odległe światełka. Czy chciał tu spędzić resztę, najwidoczniej, długiego żywota? Zdecydowanie nie! Ale czy ma czego szukać w świecie, którego praktycznie nie pamięta, a z którego kiedyś uciekł?
- Spokojnie, czas tępienia mieszańców już dawno minął. Teraz, gdy ciebie zobaczą może nawet się ucieszą – stwierdził zagadkowo Wiatr.
- Rozumiem, że jesteś wstanie mnie tam przenieść.
- Coś w tym sensie, aczkolwiek już tam z tobą wejść nie mogę.
- Dlaczego?
- Coś ty taki ciekawski, zamiast dziękować za gest. Nie wejde bo nie mogę i koniec. To jak? Zostajesz czy lecimy?
- Lecimy!
Wir powietrza porwał go ze sobą i nim zdążyłby policzyć do dziesięciu znalazł się tak blisko jednego z odległych światełek, że musiał zamknąć oczy, jasność bolała.
- Powodzenia – usłyszał jeszcze w ogłuszającym wyciu powietrza głos Wiatru.

Ocknął się w swojej ludzkiej postaci, gdzieś na skałach. Rozejrzał się. Dziwne. Nigdzie nie widział teraz tej światłości, która go oślepiła.
Stał na jakimś skalistym wzniesieniu, wokół jak okiem sięgnąć las i gdzieś z pomiędzy drzew wyłaniała się to tu, to tam wstęga rzeki.
I wszędzie panowała szarość, jak w poprzednich dwóch światach, które pamiętał, tuż przed świtem.
Stał tak czas jakiś, ale nigdzie nie pojawił się nawet promyk wschodzącego słońca. Shama zaczął się w końcu zastanawiać, czy tak tu jest cały czas… stąd może nazwa, Świat Cienia, tam gdzie słońce nie wschodzi?


----------------
i tu żegnamy się z Shamą, za którym może nikt nie przepadał :D ale ja go uwielbiam XD
PS. Temu odcinkowi przygrywało głównie: Anathema "Winds of god" "Forgotten hopes" oraz "Emotional winter" (czyli XD baaaaaaaaardzo pozytywnie)

Komentuj (13)


19.11.2010 :: 17:26
197.
No dobrze, jedno to powziąć decyzję, że wychodzimy z domu, a drugie to wyjść i jakoś przeżyć...
Wyrocznia nie pamiętała kiedy ostatnim razem wychodziła ze swojego wygodnego mieszkanka. Pewnie lata temu. Jedynie od czasu do czasu zdarzało jej się opuszczać ciało i, w formie mniej fizycznej, podróżować po świecie...
Stanęła na środku chodnika i starała się sobie usilnie przypomnieć, kiedy ostatnio odbyła taką "duchową" podróż... miała wrażenie, że nie było to znowu tak dawno...
A no tak Feniu! Odczuła wtedy ogromną i nieodpartą ochotę kopnięcia go w dupę, choćby tylko mentalnie! XD
Ktoś wyrwał Wyrocznie z zamyślenia potrącając ją bezczelnie. Oko jej zalatało i ogólny wkurw zaczął narastać. Szybko jednak zorientowała się, że wkurwa należy jak najszybciej wygasić, bo całkiem dosłownie może stanąć w płomieniach, a to nie jest najlepszy sposób nie zwracania na siebie uwagi w tłumie... chyba wręcz przeciwnie.
Jakie to ciężkie, takie życie wśród ludzi... i upierdliwe, nie wspominając o tym, że niebezpieczne, chociaż Wyrocznia sama nie wiedziała dla kogo bardziej, dla jej delikatnej choć pokiereszowanej psychiki czy dla otaczających ją dookoła, nieświadomych niczego stworów.
Szła dalej i starała się nie wpadać na innych ludzi, aż nagle zaatakowała ją wizja. Za chwilę na tej właśnie ulicy spotka wysokiego blondyna, którego imię powinno jej coś mówić.
- Skup się - warknęła do siebie.
Starała się przywołać zakurzone wspomnienie, które mimo wszystko jeszcze gdzieś tam się utrzymało...
Próbowała, ale nie udawało się, jedyne co widziała to, że ją mija, a potem, że spotyka się z Feniem i coś razem kombinują.
- To nie są kurwa wspomnienia - stwierdziła głośno i mijający ją starszy pan, spojrzał na nią zniesmaczony, mrucząc coś o dzisiejszym języku młodzieży.
"Przeszłość, PRZESZŁOŚĆ DO CHOLERY, nie przyszłość" - próbowała przemówić sobie do pamięci, ale nic z tego nie wychodziło.
W końcu spojrzała przed siebie i zobaczyła go. Wysoki, niebieskooki, blond włosy zaczesane w kucyk, skórzana kurtka, wyglądał jakby gdzieś tu zaparkował Harley'a.
- Loki - powiedziała na głos, zanim zdała sobie z tego sprawę.
Blondyn momentalnie wychwycił jej postać w tłumie, zmrużył oczy i zanim Wyrocznia się zorientowała, zaciągnął ją w jakiś zaułek.
Takiego rozwoju sytuacji nie było w wizji, ale z drugiej strony jej wizje przewidywały tylko przyszłość bez jej aktywnego udziału. To zawsze było frustrujące, jej działania całkowicie wymazywały wizje... dlatego taki przydatny okazał się Rivir, on robił wszystko czego ona, jako obserwator, nie mogła. A teraz, wystarczyło jedno słowo i puf...
- Kim jesteś? - niebieskie oczy wpatrywały się w nią uparcie.
- Wyrocznią - odpowiedziała po prostu.
- Ta, a ja jestem papieżem.
- Witam waszą świętobliwość - nie mogła powstrzymać parsknięcia śmiechem.
Twarz Lokiego wyrażała szczere zdziwienie.
- Ty tak serio, serio?
Fen zamrugała, rozejrzała się, próbując przywołać jakąś wizję, niespecjalnie odległą w czasie, cokolwiek, co miało się tu zdarzyć, za powiedzmy 2 minuty.
- Przez okno na trzecim piętrze wyleci zaraz puszka coli - zawyrokowała w końcu.
Brew Lokiego powędrowała w górę, ale gdy po chwili niemal oberwał wspomnianą puszką, powoli, choć nie do końca, zaczął się przekonywać do prawdomówności nieznajomej.
- To co powiesz mi o mojej przyszłość? - zapytał, a na jego twarzy zakwitł najbardziej uwodzicielski uśmiech, jaki Fen widziała.
Próbując panować nad drganiem powieki i stwierdziła:
- W tej chwili nic ci nie mogę powiedzieć.
- A to dlaczego?
- Bo nic nie widzę?
- To co mogę zrobić, żebyś zobaczyła? - błysk w jego oku spowodował, że Wyrocznia musiała skupić się podwójnie.
- No więc... - zacięła się. - Wizje przychodzą tak... no spontanicznie jakby - wydusiła z siebie wreszcie tylko część prawdy.
Loki przyglądał jej się dłuższą chwilę, a Fen przebiegały przez myśl najróżniejsze, nie powiązane z nim wizje, ale gdy nagle zobaczyła jego i siebie w dość niejednoznacznej sytuacji... zaczęła się poważnie zastanawiać czy to była wizja czy też jej wyobraźnia?
"Fen, uspokój się do cholery" - przekliła się w duchu. - "Ja rozumiem, że brak alkoholu ma katastrofalny wpływ na ciebie, ale w tej chwili przeginasz!"

W tym samym czasie do mieszkania Wyroczni wpadł, tudzież wleciał, Rivir.
Rozejrzał się po pomieszczeniu i ze zdziwieniem zauważył rozwalonych na tapczanie Silene i Camusa, zdecydowanie zajętych sobą, mimo że gwizdu z jakim Rivir przybył trudno było nie usłyszeć.
- Przeszkadzam? - zapytał złośliwie, choć ucieszył się niezmiernie widząc ich uwolnionych z lodu.
- Nie - mruknęła Silene tylko na chwilę odklejając się od Wodnika.
- Gdzie Wyrocznia?
- Kto?
- No ta dziewczyna, która tu się walała?
- A ta od ognia - skapował Camus. - Wyszła.
- Od ognia? - zdziwił się Rivir. - Jak to od ognia?
- No przysmażyła nas, myślisz, że jak wyleźliśmy z lodu?
- A potem wyszła - dodała Silene.
Para wampirów zajęła się sobą na powrót.
Rivir za to stał na środku pokoju i analizował te zdawkowe odpowiedzi, które udało mu się uzyskać.
Wyrocznia, ogień... to jeszcze jakoś przełknął, chociaż sam fakt, że chciało jej się zwlec z łóżka w innym calu niż zajrzenie do lodówki było dziwne, ale ona WYSZŁA z domu!!!
- Ale, ale jak to...? - Rivir najwyraźniej nie mógł sobie poradzić z tą wiadomością.
Siupnął na krzesełku i wlepił wzrok w stół. Chwile trwało zanim dotarło do jego świadomości to co zobaczył wypalone na blacie - wiadomość.
"Rivir, skarbie. Wychodzę, nie wiem kiedy wrócę. Jak będziesz potrzebny to będę krzyczeć."
- Bardzo, kurwa, konkretnie - westchnął jakoś tak smutno.
Ale musiał przyznać, że miło, że chociaż zostawiła wiadomość.
Rzucił jeszcze raz okiem na tekst i poczuł, że mimo obecności dwóch wampirów, mieszkanie wydawało się zupełnie puste. Po raz pierwszy, od kiedy ją poznał, wrócił, a jej tu nie było. Kolejny pewnik w jego życiu znikł. Nie podobało mu się to specjalnie. Czegokolwiek nie mówił, przyzwyczaił się do bycia pomocą domową i jeśli Wyrocznia nie wróci... nie miał specjalnie wizji co ze sobą zrobić.
Majris zginęła, tym razem na dobre. Shamę wessała czarna dziura, to jedyne wytłumaczenie, dlaczego nie czuł jego obecności w tym świecie. Pozostał tu sam, a jedyna osoba, do której się przywiązał wsiąkła, zostawiając jedynie kilka słów na blacie.
- Żal - warknął i z wściekłym gwizdem opuścił mieszkanie.
Silene odkleiła się od Camusa.
- Myślisz, że to znaczy, że możemy przejąć lokal? - zapytała.
Wodnik nie miał ochoty na pogadanki. Do zmroku zostało jeszcze trochę czasu...

W zaułku.
- No dobrze, ale skąd wiedziałaś kim jestem? – zapytał w końcu poważniejąc Loki.
- Jestem Wyrocznią, memento?
- I to niby wszystko usprawiedliwia?
- No częściowo tak.
- Sratatatata.
Loki ugodził w czułe miejsce Fen. Bardzo nie lubiła, gdy ktoś niedoceniał jej wizji.
- Wyobraź sobie, że widziałam jak spotykasz jednego takiego gościa, który zwraca się do ciebie po imieniu, a że jesteś postacią dość znaną, nie wspominając o tym, że kontrowersyjną… trudno nie skojarzyć z kim mam do czynienia – wyrzuciła z siebie niemal na jednym oddechu.
Brew Lokiego znów powędrowała w górę.
- Weź nie rób takiej miny – oko Fen latało już w najlepsze.
- Z jakim gościem? – zapytał.
- Co z jakim gościem?
- No z kim mnie widziałaś?
Wyrocznie nie wiedziała czy mówić całą prawdę, półprawdę czy gówno-prawdę w tej chwili. Zdecydowała się na opcję w jej mniemaniu najbezpieczniejszą.
- Koleś ma chwilowo na pieńku z Imperium i pewnie chciałby cię wykorzystać…
- Hmmm… Imperium, znowu słyszę o Imperium – stwierdził Loki.
- A no tak… ty przecież nie wiesz… - Fen uświadomiła sobie, że skoro był uwięziony tyle czasu, raczej nie miał prawa słyszeć o młodym przecież, z perspektywy czasów starożytnych, Imperium. – To taki twór, który podbił większość mitologii – skrót skrótów niespecjalnie przemówił do Lokiego.
- Jak to podbił?
- Widzisz… Imperium istnieje sobie tak jakby na granicy świata ludzi i bogów, i rządzi w obu.
- Nieźle. A Asgard podbili?
- Asgard to podejrzewam, żę cię teraz poszukuje. Jeśli ci w Imperium stwierdzą, że jesteś zagrożeniem, też mogą się dołączyć, a jeśli zbratasz się z tym gościem, z którym cię widziałam, to pewne.
- Super, tylko dlaczego mi to wszystko mówisz?
- Nie wiem, ja wyszłam tylko na spacer, sam mi się nawinąłeś.
Loki wbił w nią niebieskie oczy i nad czymś bardzo głęboko myślał, Fen tymczasem przyglądała mu się uważnie i próbując zagłuszyć wyobraźnie.
- Mam dla ciebie propozycje – stwierdził w końcu.
- Taaaak?
- Nie chciałabyś mi jeszcze trochę pomóc? – i znów ten uśmiech.
„Chłopie miej litość” – westchnęła w duchu Fen, a głośno stwierdziła. – Chyba nie mam planów na popołudnie.
- Ale tak pomóc na dłużej – Loki nie skrywał specjalnie, że Wyrocznia go bawi.
- Ok., a co miałabym zrobić w najbliższym czasie?
- Wystaw mi tego gościa, o którym mówiłaś. Muszę sobie z nim porozmawiać.
- Zwariowałeś? Chcesz mu pomóc?! – Fen bardzo nie w smak było, żeby Imperium znów wróciło do Fenia, niech on sobie siedzi w Hadesie lepiej.
- Niekoniecznie pomóc, może raczej skorzystać z informacji, których raczyłby mi użyczyć – uśmiechnął się przebiegle i złowrogi cień przemknął po jego twarzy.
Wyrocznie przeszedł dreszcz. No ale czego można się spodziewać po Lokim, kłamcy i kanciarzu? Na pewno miał już jakiś podły plan, żeby wykorzystać wszystkich w koło, nie wyłączając jej. Z drugiej strony właśnie pojawiła się przed nią opcja, bo co innego będzie robić po tym spacerku? Wróci do domu i znów się urżnie?
- A co mi tam – stwierdziła głośno.
Na twarzy Lokiego zakwitł prawdziwy evil smile…
- Fantastycznie. No to spadamy! – mówiąc to przyciągnął do siebie Fen. – A teraz lepiej zamknij oczy, bo dawno tego numeru nie próbowałem.
Wyrocznia oczywiście nie posłuchała i spojrzała pod nogi.
- Łaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa – wydarła się, zobaczywszy jakąś ciemną masę, która ich pochłaniała w szybkim tempie i po chwili już ich nie było.
Ledwo wsiąkli w zaułku coś zagwizdało i pojawił się Rivir. Rozejrzał się niespokojnie. Jeszcze chwilę temu była tu! Nikt inny tak nie drze mordy jak ona.
Była i się zmyła.
Rivir nie bardzo rozumiał jak jej się udało tak szybko opuścić to miejsce. Przecież nie umiała się przemieszczać szybciej niż dźwięk. Wiedziałby o tym przecież! Tyle czasu spędzili razem…
Chociaż z drugiej strony, w ostatnim czasie dowiedział się o niej zaskakujących rzeczy… Ta jej amnezja…
Coś na ziemi przykuło jego uwagę, schylił się i przyjrzał uważnie – popiół.
Ogień. Popiół. Z jakiegoś powodu miał wrażenie, że popiół był dowodem na to, że Wyrocznia tu była.
No cóż, trzeba będzie ją znaleźć, zanim w coś się wpakuje, o ile już się nie wpakowała i ten popiół nie był wszystkim co z niej zostało…
W zaułku znów zaświstało…
Rivir udał się na poszukiwania Wyroczni, która w tym samym czasie instruowała Lokiego jak znaleźć wejście do Hadesu.

-------------------------------
;)~
Został mi jeszcze jeden odcinek i epilog XD


Komentuj (19)


11.11.2010 :: 22:45
196.
Do okablowanego pokoju zajrzał Minos, mieszając w kubku kawę.
- Co tu się dzieje? - zapytał zaciekawiony i ujrzał, co najmniej, ciekawą scenkę.
Hekate bujała się na kablach jak na huśtawce, jedna jej twarz wciąż miała barwę dojrzałego trupa, druga wydawała się drzemać, a trzecie, o dziwo, poważna nie spuszczała wzroku z Radamantisa, który krążył po pokoju niczym tygrys w klatce.
Nikt nie zwrócił najmniejszej uwagi na sędziego stojącego w drzwiach, więc ten wzruszył ramionami i poszedł dalej. Może się przesłyszał...
Radamantis pokrążył jeszcze z pół godziny, aż nagle ogarnęła go wizja, która niemalże wmurowała go w podłogę.
Hekate ma trzy głowy, on jedną... statystycznie mają po dwie głowy... ile głów będzie miało dziecko... dzieci?! Cały żłobek wielogłowych dzieci, które biedny sędzia ujrzał oczyma wyobraźni to już zbyt wiele jak dla niego.
- Aaaaaaaaaaaaaaaaaaaa! - wydarł się i wybiegł z pokoju w szaleńczym galopie.
Biegnąc po korytarzach pałacu w końcu wpadł na rozespanego Hadesa.
Bóg podziemia łypnął na niego groźnie.
- Czego tak truchtasz mi tu? Posadzkę porysujesz swoją durna suplica! - nie wydawał się być w zbyt dobrym humorze.
- Hekate jest w ciąży - rzucił gramoląc się z podłogi Radziu.
Hadesowi zalatało oko.
- Mniemam, że jesteś szczęśliwym ojcem?
- Nieszczęśliwym - mruknął zanim pomyślał sędzia.
- Czemu? - zainteresował się Hades i atmosfera mroku nieco się rozwiała.
- Bbbbbbbooo... ile to dziecko będzie miało głów?! - nie wytrzymał Radziu.
Hades też nie wytrzymał i parsknął śmiechem.
- Mało śmieszne - sędzia spojrzał na swojego boga jak zbity pies.
- Sory, ale wizja mnie pokonała. (XD)
Radziu siupnął na podłodze, przytulił się do własnych kolan i odstawiał dziecko z chorobą sierocą.
Hades uniósł oczy ku sufitowi w niemym geście rozbawienia pomieszanego z zażenowaniem postawą podwładnego.
- Radamantis, bądź mężczyzną - ryknął w końcu i Radziu raz dwa był już na nogach.
- A do czego sprowadza się bycie mężczyzną poza prowadzeniem wojen? - zapytał z jakąś dozą złośliwości.
Hades zmrużył oczy ale odpowiedział:
- Leć po kwiaty, idź do niej i pogratuluj. A potem żyjcie długo i szczęśliwie... Chate sobie zbuduj i drzewo posadź i...
- Drzewo? - zwątpił Radziu.
I nagle nawiedziła go kolejna wizja małych wielogłowych potworków obłażących go i wspinających się po nim jak po drzewie. Panika znów przejęła kontrole i Radziu pognał dalej nie zważając na Hadesa.
Bóg podziemia machnął ręką, uspokoi się to wróci...
Westchnął i wrócił do własnych smętnych przemyśleń, jakie do życie jest do dupy…
Teraz nawet mózg jest przeciw niemu. Śniło mu się coś… niby nie było to niemiłe, ale sama myśl, że jest to niemożliwe sprawiła, że odrzucił to co widzi, jako niemożliwe… A może… może to Hypnos znalazł sobie jakąś nową rozrywkę? Niech on go tylko dorwie…

Feniu tymczasem siedział sobie na Polach Elizejskich i kontemplował widoki... choć szczerze mówiąc radosna atmosfera tego miejsca wprawiała go w jeszcze gorszy humor. Tak naprawdę, chętnie zrobiłby tu małą apokalipsę, choćby tylko dla wyładowania swojej frustracji...
Chwycił jakiś kwiat słonecznika, który miał tego pecha, że rósł sobie w pobliżu i nieświadomie zaczął obrywać płatki "kocha", "nie kocha"... Kiedy dotarło do niego co właściwie robi, odrzucił kwiat jak najdalej.
Uwalił się na plecach i wpatrywał w imitacje nieba. Przez chwilę pojawił się przebłysk ciekawości, skąd mają to niebo tutaj, czy to rzutnik jakiś, hologram czy inna cholera, i czy w czasach antycznych też mieli takie ładne niebo, czy ktoś tam zwisał i malował sufit... Ta myśl jednak nie była na tyle absorbująca, żeby zagłuszyć ogólny bezsens odbijający się echem w umyśle byłego Imperatora.

Hekate tymczasem wyplątała się z kabli, zahaczając po drodze o kuchnię i zabierając niemały prowiant i ze trzy flaszki, udała się na spacer po Polach Elizejskich. Nie zaszła daleko, gdy dostrzegła samotną postać, która wydawała się równie smutna jak ona właśnie się czuła. Nie zastanawiając się długo, po prostu podeszła i uwaliła się obok.
Feniu łypnął okiem, kto śmiał przerwać jego destrukcyjne wizje, ale gdy zobaczył trzygłową boginię i to w kiepskim humorze, pomyślał, trochę wbrew sobie, że jednak świat nie zawziął się widocznie tylko na niego.
Hekate westchnęła, ciężko otworzyła flaszkę i nie bawiąc się w ceremoniały wlała sobie sporą dawkę whiskey do gardła. Imperatorowi trochę oko zalatało, bo jak to tak można, ale gdy bogini bez słowa podała mu butelkę nie odmówił. Stan odurzenia alkoholowego był mu co prawda obcy, ale nie przeszkadzało to w próbie upicia się. Świat jest jednym wielkim chorym absurdem zatem czy on, nie mogący się upić (z racji hybrydowych koneksji, alkohol po prostu się wypala w nim XD wiecie Feniks te sprawy :p ogień alkohol - fajnie się jara XD z tego co pamiętam), a próbujący, nie wpisuje się w ten właśnie świat idealnie?
Nie padło ani jedno słowo, ale ciężka atmosfera, unosząca się nad nimi, nieco zelżała. Jak powszechnie wiadomo w towarzystwie raźniej i nawet destrukcyjne wizje opuściły byłego Imperatora.

Radamantis w tym samym czasie pałętał się po bardziej mrocznych częściach Hadesowego królestwa. W końcu usiadł nad brzegiem rzeki zapomnienia Leto i poważnie rozważał rzucenie się w nią i olanie całego zamieszania. I gdy tak siedział trawiąc fakt, że zostanie ojcem, powoli, baaaardzo powoli, dochodził do wniosku, że właściwie... to wcale nie musiałoby być takie złe. Poza tym Hekate, szajbnięta jest, trudno zaprzeczyć, ale w jakiś uroczy sposób... I nagle dotarło do niego, że jest idiotą.
Walnął się w czoła i zerwał z miejsca z zamiarem powrotu do pałacu, ale złośliwość losu (tudzież wrodzona wredota autorki XD) dała o sobie znać... wstając zbyt szybko i zbyt nie ostrożnie, pośliznął się na mokrych skałach i stracił równowagę...

W pałacu.
- MINOOOS, KURWAAA!!! - rozległo się i zaraz potem dał się słyszeć dziki galop po korytarzu.
Minos wpadł do gabinetu Hadesa zdyszany.
- Gdzie się szlajasz? - ryknął bóg podziemia, będący bardzo nie w sosie.
- No u siebie byłem - odpowiedział zgodnie z prawdą.
- I co tam robisz? Pornosy oglądasz?
Sędzia wolał się nie odzywać. Wiedział z doświadczenia, że gdy Hades ma taki humor cokolwiek się powie, mówi się to tak naprawdę przeciwko sobie...
- Nieważne - machnął ręką władca podziemia. - Gdzie jest Aiakos? Z miesiąc już go nie widziałem, jeśli nie dłużej.
"Fakt" - pomyślał Minos - "Nie ma go i to dość długo..."
- Pytam, gdzie on?
- Nie wiem - mruknął sędzia.
- Czy tu kurwa ktoś coś wie?!
Minos wbił wzrok w posadzkę.
- Won! Szukaj mi Aiakosa i niech ma dobre usprawiedliwienie! - ryknął Hades.
Sędzia wycofał się tyłem i czym prędzej znikł za drzwiami.
Hades opadł na krzesło i westchnął. Z braku zajęcia zabrał się za papiery walające się po biurku i już go szlag trafiał, szczególnie, że nie zgadzały mu się liczby nowo przybyłych... Papierologia, po co mu to było? Po co?! A wydawało się, że to taki dobry sposób utrzymywania ładu i porządku... Ciekawe, że jakoś nie spotkał jeszcze boga księgowości ani administracji... i to chyba w żadnej mitologii XD

Radamantis zwisał nad rzeką, ledwo utrzymując się skały. Teraz, gdyby faktycznie wpadł i zapomniał o wszystkim... Już widział oczami wyobraźni jak błąka się po Hadesie nie wiedząc kim jest, gdzie jest, a co najważniejsze absolutnie zapominając o Hekate i całym z nią związanym zamieszaniu. A niech by go ona później dorwała... jeszcze by wykorzystała okazję i wmówiła mu niewiadomo jakie historie! Nie, nie, nie... on już woli zostać sobą... ojcem nawet... a do cholery nawet mężem może być!
I tak wewnętrznie zmotywowany, wciągnął się z powrotem na skałę, z której o mało co nie spadł. Ruszył w kierunku pałacu, tym razem zachowując ostrożność, pognał z kopyta dopiero, gdy poczuł stabilny i godny zaufania grunt pod nogami.
Dotarłszy do centrum zarządzania Hadesem (zwanego po prostu pałacem, ale co by nie było powtórzeń, trzeba czasem zabłysnąć opisowym epitetem czy cóś :P) przeszukał wszystkie możliwe pomieszczenia, w których mógłby znaleźć Hekate i nic. Wsiąkła. W końcu zajrzał do gabinetu Hadesa.
- Czego? - ryknął bóg podziemia, gdy usłyszał nieśmiałe pukanie do drzwi.
- Ja chciałem tylko zapytać, gdzie jest Hekate?
- A co ja kurwa informacja? Sam chciałbym wiedzieć, bo mi tu system dostał jakiejś histerycznej czkawki. Poza tym, kobiety w ciąży trzeba pilnować, nigdy nie wiadomo co im odpierdoli.
Radamantisa naszły kolejne wizje... bo Hekate zawsze była pomysłowa... Wypadł znów czym prędzej z gabinetu i poleciał dalej.
- Byś kurwa chociaż zamknął drzwi za sobą.
Oczywiście już nie usłyszał, a jeśli nawet usłyszał to nie zareagował. Odgłos jego szalonego galopu zdecydowanie oddalał się i to szybko.
Hades podniósł swoje boskie jestestwo z krzesła i niechętnie podszedł do drzwi, w konkretnym celu ich zamknięcia. Po drodze jednak mijał okno, które było zwrócone na Pola Elizejskie. Doszedł do drzwi, złapał za klamkę po czym cofnął się do okna.
- O cholera - stwierdził pod nosem.
I stanął mu przed oczami radosny obrazek, w którym on zatrzaskiwał drzwi przed nosem komuś, kogo uważał za sen, względnie halucynacje, a tymczasem on sobie siedzi na trawce, z Hekate i, z tego co Hades widział z okna, najwyraźniej robią sobie piknik.
Bóg podziemi podrapał się w czuprynę. I co on biedny teraz ma zrobić?
Stał tak czas jakiś, nie bardzo wiedząc co zrobić, gdy nagle w radosny obrazek pikniku wpadł Radamantis. Hades zaczął obserwować scenkę z rosnącym zainteresowaniem.

- Hekate!!! – dopadł do bogini sędzia. – Co ty do cholery robisz?!
Najbardziej trzeźwa z głów spojrzała na niego, najwyraźniej próbując skupić wzrok na rozjeżdżającym się obrazie.
- Upijam się, a co nie wolno? – zapytała, równocześnie wlewając w gardło drugiej głowie resztę zawartości butelki.
- Chyba żartujesz? – wściekł się Radziu. – W twoim stanie? PIĆ?
- Pfffffffffff – odpowiedziała tylko.
Sędzia, który wisząc nad rzeką zapomnienia przeszedł chyba jakąś przemianę duchową, nic nie powiedział, wyjął jej z ręki pustą już flaszkę, po czym wziął Hekate na ręce i oddalił się spokojnie w kierunku pałacu, nie zwracając najmniejszej uwagi na Fenia.
Były Imperator pozbawiony zdolności do upijania się, a teraz nawet kompana, znów zaczął staczać się po równi pochyłej złego humoru i popadał w coraz bardziej podły nastrój…
Już zakopywał się z powrotem w swoje wizje, gdy nagle, nie wiedzieć kiedy, ktoś położył mu dłoń na ramieniu.
- Cześć – usłyszał nieśmiały, choć znajomy głos.
Spojrzał na właściciela ręki, którym oczywiście okazał się Hades.
- Cześć – odpowiedział.
I zapadła cisza.
Coraz bardziej przedłużająca się cisza.
Obaj bardzo głęboko zastanawiali się nad tym co by powiedzieć, żeby ani się nie zbłaźnić, ani tym bardziej obrazić drugą stronę, w związku z czym obaj milczeli… bo nic takiego jakoś nie chciało im przyjść do głowy.
I pewnie siedzieliby tak do dzisiaj, gdyby nie przybiegł do Minos.
- Panie – ryczał już z oddali mocno zziajany.
- Czego? – warknął niespecjalnie uradowany na jego widok Hades.
- Aiakos wrócił – oznajmił.
- Wrócił? To on gdzieś wychodził? – szczerze zdziwił się pan podziemia.
- Twierdzi, że nie z własnej woli, ale to nie wszystko. Aiakos nie wrócił sam.
- A z kim?
- Z żoną…
- Z czym?
- Z żoną, królową Amazonek… i całym stadem Amazonek.
Hadesowi szczęka opadła i gdyby mogła, pewnie potoczyłaby się po ziemi.
Feniu natomiast usłyszawszy nowinę, nie utrzymał powagi i dopadła go śmiechawka.
- Super – mruknął bóg podziemia, gdy jego szczęka wróciła na prawowite miejsce. – Spadaj.
- Ale panie…
- Powiedziałeś, co miałeś powiedzieć?
- No tak.
- No to spadaj.
Minos czym prędzej wziął się i wyniósł z przed hadesowego majestatu.
Feniu tymczasem kulał się po ziemi w napadzie niepohamowanego śmiechu.
Hades przyglądał mu się chwilę aż ogólna wesołość również i jego opanowała.
Kiedy wreszcie uspokoili się, spojrzeli na siebie w dość jednoznaczny sposób i niesamowicie szybko znaleźli się w prywatnych komnatach Hadesa… (;>)

Następnego dnia, zupełnie bez pukania, do sypialni Hadesa wpadła Hekate. Omiotła spojrzeniem obrazek i uśmiechnęła się z uznaniem.
- Wiecie co się stało? – zapytała retorycznie obu panów. – Poszła plotka, że Loki nawiał i teraz działa jako freelancer.
- No i? – zapytał nieco rozespanym głosem Hades, podciągając kołdrę pod szyję.
- Można by go wynająć – uśmiechnęły się rozanielone wszystkie trzy głowy Hekate.
- Po co? – zdziwił się pan podziemia.
- Nie głupie – stwierdził dla odmiany Feniu, siadając na łóżku. – Można by go nasłać na Imperium.
Hades posłał mu ostrzegawcze spojrzenie.
- Chcesz tam za wszelką cenę wracać? Czyli to co mówiłeś wczoraj było kłamstwem?
- Kto powiedział, że chce wracać? – naburmuszył się Feniu, obrażony samym pomysłem, że mógłby chcieć okłamać Hadesa. – Ale przynajmniej by im tam namieszał… - złośliwy uśmiech zakwitł na twarzy byłego Imperatora. – Niech sobie nie myślą, że rządzenie to takie łatwe i przyjemne zajęcie!
Hekate aż przyklasnęła.
- Będzie rozróba.
- Jaka znowu rozróba? – w otwartych drzwiach pojawił się Radamantis. – Masz odpoczywać i zdrowo się odżywiać.
Bogini wydęła usta lekceważąco, ale Radziu podszedł przerzucił ją sobie przez ramię i wyszedł, zamykając za sobą drzwi.
- Mam wrażenie, że muszę wstawić zamek w te drzwi – stwierdził Hades.
- A ja myślę, że masz problemy z podwładnymi – powiedział nie ukrywając rozbawienia Feniu, za co niemal momentalnie oberwał poduszką.

Tak więc, Feniu, niegdysiejszy Imperator, zamieszkał na stałe z Hadesem (w Hadesie XD).
Amazonki złożyły przysięgę na wierność bogu świata zmarłych. I wszyscy generalnie wyglądali na szczęśliwych takim rozwojem sytuacji, no może poza Minosem… ;]


---------------
To tak urodzinowo niemalże :P (nie Feniu?)

Komentuj (24)


09.10.2010 :: 17:57
195.
Hades
Hekate przewieszała się przez poręcz schodów w pałacu Hadesa. Na jednej twarzy była zielona, na drugiej fioletowa, trzecia próbowała jakoś zachować naturalny koloryt, choć z największym trudem...
- A ty co? - zbliżył się do niej Minos.
- Próbuję zejść po schodach - poinformowała.
Minos uniósł brew.
- I jak idzie?
- A jak sądzisz? - wydarła się.
- Ale jaki widzisz problem? - nie potrafił zrozumieć
- Tu buja jak na statku w czasie sztormu - szepnęła zielona twarz.
Powiedziawszy to Hekate poleciała do najbliższej łazienki.
Minos podrapał się w czuprynę i poszedł dalej swoją drogą.

Niegdysiejszy Imperator, pozbierawszy się z szoku po wizycie dziwnego gościa otwierającego drzwi do Hadesu, ruszył dobrze znaną droga w dół, ku odmętom świata zmarłych. Uśmiechnął się do siebie w przypływie rzadkiej autoironii. On wielki Imperator zstępujący w otchłań piekielną... no prawie, ale Feniu zawsze miał pewne tendencje do dramatyzacji.
Ale po drodze w dół dopadło go jedno, acz znacząco upierdliwe pytanie... Jak już spotka Hadesa to co mu powie...? No bo co... Fajnie jakby mu się bóg podziemia rzucił na szyję i żeby obaj razem podążyli w stronę zachodzącego słońca, co prawda w Hadesie o słońce trudno, ale nie przejmujmy się drobiazgami. Gorzej, że taka opcja jest raczej średnio prawdopodobna. Po tym jak ostatnio potraktował Hadesa... mógł się obrazić. Z drugiej strony, co powinien zrobić? Błagać o przebaczenie? No bez przesady! On błagał nie będzie.
I tu wracamy do punktu wyjścia. Co zrobić, gdy za następnym zakrętem wpadnie na Hadesa...
Zatrzymał się wpół drogi. Utknął w martwym punkcie swoich dywagacji (tak jak autorka z tym rozdziałem XD). Siupnął na schodach ogarnięty niezdecydowaniem. Z pamięci wypłynęły nieśmiałe wspomnienia tego krótkiego czasu, spędzonego z Hadesem. Co za beztroska, niemalże szczeniacka.
Apropo psa… czy to przypadkiem nie radosne szczekania Cerbera… które wydaje się zbliżać coraz bardziej?

Hekate obejmowała czule kibel i dwie głowy na zmianę pochylały się nad nim. Trzecia natomiast zastanawiała się na głos co też do cholery mogło jej, bogini czarnej magii w końcu, zaszkodzić. Koniec końców doszła do wniosku, że to pewnie jakiś nowy wirus, mutacja ptasiej i świńskiej grypy
- Masz jakiś mniej abstrakcyjny pomysł? – zapytała zielona na twarzy jedna z haftujących głów.
- Kurwa – skwitowały cicho dwie pozostałe i brutalnej prawdy nie dało się dłużej zagłuszać.

Hades siedział przed kompem i rzucał rzutkami w tarcze zawieszoną na drzwiach do swojego gabinetu. Jakoś nic go nie bawiło. Zaczął się nawet zastanawiać czy by nie przyspieszyć kolejnej Świętej Wojny. Destrukcjonizm się w nim obudził. Taka mała wojna powinna trochę rozładować jego frustracje.
To nawet nie głupi pomysł. Co prawda poprzednia dopiero co się skończyła i do następnej powinno minąć jakieś 100 lat…
E tam tradycja!
Chrzanić tradycje!
Teraz awangarda jest w cenie. Skoro można robić gołąbki bez zawijania to można robić wojnę szybciej niż po 100 iluśtam latach!
Hades uśmiechnął się ironicznie.
„Bóg podziemia – mistrz awangardy – rozpętał kolejną wojnę – a wszystkiemu winne gołąbki” – już widział nagłówki gazet. (XD przepraszam poniosło mnie ale siedziałam na wykładzie i byłam głodna XD)
- Żałosne – mruknął w końcu po kilku chwilach.
Opadł ciężko na oparcie krzesła i zapatrzył się tępo w wygaszasz ekranu. Jakieś zorze polarne ganiały po nim czy co to tam miało przedstawiać.
Czuł się znudzony i nie potrafił znaleźć sobie rozrywki. Gdzieś w głębi czuł, że nawet kolejna wojna nie poprawiłaby mu humoru.
Opanowała go senność, której niespecjalnie chciał się przeciwstawiać.

A jednak to był Cerber. Zresztą co innego szczeka w Hadesie...?
Pieseczek stęsknił się za ulubionym towarzyszem swojego pana, a teraz nie tylko oznajmiał swoją radość, ale również wyrażał w bardziej fizyczny... ośliniony sposób. A że każda z głów chciała się osobiście przywitać... Feniu po chwili był cały mokry i klejący się.
- Sweet - mruknął do siebie. - Teraz to już na pewno nie wyglądam jak pewny siebie Imperator, władca świata i okolic...
Cerber usiadł na schodach obok Fenia i również się zmartwił. Jeden łeb złapał Fenia za skrawek rękawa i pociągnął, jakby chciał dać znać, że tam na dole na niego czekają. Ośliniona postać jedynie westchnęła i poklepała po kolei wszystkie mordy.
- Myślisz, że mnie nie wywali na zbity pysk stąd?
Cerber skrzywił się.
- I co może jeszcze mam się wrócić po jakiś bukiecik?
Feniu przysiągłby, że usłyszawszy to Cerber zachichotał. No dobrze, to nie jest normalny pies, każdy to wie, ale, żeby chichotał? i to chóralnie? Zresztą, w świecie zmarłych, czy chichotający pies to największy dziwoląg?
Siedzieli sobie tak czas jakiś, w końcu Cerber, najwidoczniej znudzony, wstał, przeciągnął się, ziewną, wszystkimi paszczami po kolei, wreszcie capnął Fenia delikatnie zębami za szmaty i pognał w dół. Psisko stwierdziło, po dłuższej wewnętrzenej debacie, że skoro sam nie schodzi na dół to trzeba mu w tym pomóc. :D
Feniu najpierw zaczął protestować, choć niezbyt przekonująco, ale gdy Cerber całkowicie zignorował jego próby uwolnienia się, Imperator skapitulował.
"Będzie co ma być" - pomyślał, choć średnio optymistycznie.
Podróż w dół w tempie Cerbera trwała krótko. Nim się obejrzał Feniu stał tuż przed drzwiami do gabinetu Hadesa, zachęcająco popychany nosem przez wielkiego psa. Po chwili wahania zapukał.
Trochę trwało zanim drzwi zostały otwarte a w półmroku zobaczył zaspaną mordkę Hadesa. Wyglądał tak słodko z rozczochraną czupryną i niedbale narzuconą na siebie czarną (a jakże) szatą. Na twarzy malowało się ogólne zaspanie i totalne oderwanie od rzeczywistości. Łypnął okiem na stojącego tuż za progiem Fenia... łypnął raz, łypnął drugi, przetarł oczy, ziewnął, po czym zamknął drzwi.
Nie padło ani jedno słowo.
Fenia lekko zatkało. Aż takiej bezemocjonalnej reakcji się nie spodziewał.
- Widzisz? Już mnie tu nie chcą - powiedział odwracając się, ale Cerbera nie było nigdzie widać.
"Ten też mnie olał" - pomyślał wzdychając Imperator.
Czuł się naprawdę podle. Ogólny bezsens istnienia przygniótł go całym ciężarem podniesionym do sześcianu...
Ruszył przed siebie, niespecjalnie zwracając uwagę, gdzie go nogi niosą.

Radamantis wszedł do pomieszczenia, do którego prowadziły wszystkie niemal kable w Hadesie, a który zupełnie przypadkiem był pokojem Hekate. Przyszedł właściwie po to, żeby zresetować router, bo najwyraźniej coś tam nie stykało, skoro nie tylko on nie mógł połączyć się z internetem, ale zobaczywszy rozwieszone niczym liany kable i wiszącą sobie na nich, niczym na hamaku Hekate, zwątpił. Nie żeby to go zdziwiło, tę boginię można było podejrzewać o niemal wszystko, ale dzisiaj wyglądała blado, jakby była chora. Zbliżył się do niej.
Jedna z głów poruszyła się i otworzyła oczy. Przez chwilę mierzyli się wzrokiem, w końcu Hekate uniosła się z swojego "posłania" i zeskoczyła na podłogę, ale zachwiana równowaga nie pozwoliła jej wylądować z gracją, jak to zwykle robiła. Gdyby nie to, że Radamantis złapał ją w porę, zaliczyłaby śliczną glebę.
- Dobrze się czujesz? - zapytał doprowadzając boginię do pionu.
- Jeszcze pytasz?! - warknęła.
Radamantis wyczuwając zły humor głównego informatyka Hadesu postanowił brać nogi za pas, ale Hekate wczepiła się w jego szatę, jakby nie chciała go puszczać.
- Musimy porozmawiać - stwierdziła w końcu, patrząc mu w oczy.
Radamantis dla odmiany nie wiedział, w które oczy ma spojrzeć, jako że wszystkie trzy twarze zwróciły się do niego równocześnie, więc standardowo wybrał środkową.

Jakieś 5 minut później, całym pałacem wstrząsnął dziki ryk:
- OJCEM?!


-----------------------------------
spoko ciąg dalszy nastąpi XD

Komentuj (19)


07.09.2010 :: 21:37
194.
W melinie Wyroczni.
Camus ocknął się z przeświadczeniem, że to co teraz czuje to nie tylko kac milenium, ale też musiał sturlać się chyba ze wszystkich schodów w świątyni. Bolało go absolutnie wszystko, chociaż, wahał się czy „bolało” to odpowiedni czasownik. Z jednej strony jakby krew płynąca w żyłach (i zdecydowanie za głośno szumiąca w tych żyłach!) próbowała go rozsadzić, a z drugiej strony niemal każda komórka mięśniowa zamieniła się w igłę, która sadystycznie rozpychała się na pozostałe…
W ogóle odniósł wrażenie, że ciało jest przeciw niemu, jakby ktoś wywoła trzecią wojnę światową w jego organizmie…
Spróbował się ruszyć, ale odkrył, że jest przywiązany.
- Spokojnie, to już długo nie zajmie – usłyszał znajomy głos.
- Silene? Gdzie jesteśmy? – zapytał cicho, ochrypłym głosem, powieki wciąż były za ciężkie, żeby je podnieś.
- Tam, gdzie staliśmy jako mrożonki – usłyszał odpowiedź. – I ja też nie mam pojęcia, gdzie to dokładnie jest.
Chciał o coś zapytać, ale odpłynął razem z szumem krwi i dzikim wyciem komórek.
Kiedy ocknął się po raz drugi, z ulgą stwierdził, że kac minął, a i ta walka wewnątrz jego ciała ustała. Otworzył oczy i powiódł wzrokiem po suficie, który wyglądał jakby ktoś chciał tam coś narysować z doskoku, ale w końcu zrezygnował.
Zorientował się, że leży na tapczanie w mieszkaniu, w którym faktycznie przetrzymywano ich w postaci mrożonek. Jeszcze raz pogratulował sobie tego genialnego pomysłu, żeby siebie i Silene zamknąć w lodzie, ale w tamtej chwili nic innego nie przyszło mu do głowy.
Bardzo powoli, uważając, żeby kac go z powrotem znienacka nie dopadł, usiadł.
Dostrzegł Silke. Siedziała przy oknie i majstrowała przy żaluzjach, jakby wysyłała wiadomość w alfabecie Morse’a. Dopiero po chwili dotarło do niego, że wampirzyca co chwilę oświetla swoją własną dłoń, która… powoli zaczynała zmieniać kolor i tak jakby dymiła się.
- Co ty właściwie robisz? – zapytał i prawie nie poznał swojego głosu.
Silka szybko zasłoniła żaluzje i odwróciła się w jego kierunku.
- Nieźle – usłyszał odpowiedź, ale chyba nie na swoje pytanie.
Podeszła do niego i przyglądała się, najpierw z prawej, potem z lewej, w końcu spojrzała mu prosto w oczy i stwierdziła:
- Naprawdę nieźle, powiem nawet, że w tej postaci wyglądasz lepiej.
- Jakiej postaci?
Wampirzyca uśmiechnęła się tajemniczo.
- Co pamiętasz jako ostatnie? – zapytała siadając koło Wodnika.
- Mega kaca…
- No dobra, a przed tym?
- Rzuciłaś się na mnie – Camus odruchowo dotknął szyi.
Silene pokiwała głową.
- No właśnie… wyssałam kapkę za dużo – stwierdziła po prostu. – Więc musiałam cię jakoś uratować.
Do Camusa powoli docierało to, co chciała mu powiedzieć.
- Jestem wampirem?! – zerwał się z łóżka.
- I to zabójczo przystojnym – Silka w mgnieniu oka stała przy nim i miziała po policzku.
Wodnik chwile trawił wiadomość, po czym zapytał po prostu:
- I co teraz?
Wampirzyca zamrugała.
- To znaczy?
- No i co teraz?
- No… jesteś teoretycznie nieśmiertelny – uśmiechnęła się odsłaniając urocze kiełki.
Camus momentalnie sprawdził językiem czy też mu takowe wyrosły. Znalazł. Dowód na to, że nie kłamie.
- Teoretycznie…
- No niestety. Wiesz, na kołki w serce jeszcze się nie uodporniliśmy.
- A co ze słońcem? – drążył, przypominając sobie wszystkie wampirze opowieści jakie kiedykolwiek słyszał, czytał bądź oglądał.
- No właśnie… - zadumała się Silka. – Co ze słońcem?
Wodnik uniósł brew w niemym zwątpieniu.
- Czemu mnie pytasz?
Silka usiadła z powrotem na tapczanie i wlepiła wzrok w zasłonięte żaluzjami okno.
- Bo widzisz, kiedyś nie musiałam obawiać się słońca – mówiąc to spojrzała na swoją przysmażoną dłoń. – Ale coś się zmieniło…
- Ale chwila… słońce was zabija, nie?
- Nie was, a nas i owszem raczej tak.
- Zdefiniuj raczej.
Silka westchnęła ciężko. Nie lubiła tłumaczyć. Szczególnie, gdy uważała niektóre rzeczy za oczywiste, ale z drugiej strony, teraz stała się jego…
- Matką… - powiedziała na głos i wlepiła w niego szeroko otwarte oczy. – Ooooo ja… kompleks Edypa… prawie, tylko… od dupy strony – stwierdziła po chwili zwieszając głowę i przykładając dłonie do skroni.
- Nic nie rozumiem. Co ma kompleks Edypa do słońca? – próbował podążać za nią Wodnik, ale zgubił się jakieś 3 zakręty wcześniej.
- Nic – odwarknęła Silka, próbując uporać się z przed chwilą postawioną hipotezą pseudo-psychologiczną.
- No to co z tym słońcem? – zapytał jeszcze raz Camus podchodząc do okna.
Ale drogę przecięła mu Silka.
- Jak… ty… przed chwilą siedziałaś tam – wskazał na tapczan.
- Wiesz, takie bzdury jak siła i szybkość to naprawdę myślałam, że są oczywiste.
Wodnik podrapał się po czuprynie.
- No w sumie…
- Dobra, co do słońca – wzięła głęboki oddech, odganiając natrętne myśli o wszelkich kompleksach. – Sprawa jest taka. Moja matka była Mistrzynią Cienia, jak teraz na to patrzę to faktycznie, dość dziwne. Ale w każdym razie, mogła spokojnie chodzić po słońcu, bo zawsze towarzyszyła jej taka cień-chmurka zasłaniająca słońce.
- Coś jak kremik z UV?
- Nie przepuszczało promieniowania… - podsumowała, próbując zignorować wstawkę o kremiku. – I ja, jako jej córka, też odziedziczyłam tę zdolność. Ale skoro już jej nie posiadam, to uważam, że… - znów spojrzała na swoją dłoń.
- Że opalać się nie należy – dokończył Wodnik.
- Coś ty taki radosny? – zmierzyła go wzrokiem Silene, nie spodziewała się takiego dobrego humoru po kimś kto dopiero co właściwie to umarł, żeby narodzić się dla nocy, tzn. dla niej… nie wnikając w ewentualne kompleksy…
Camus usiadł koło niej i przyciągnął ramieniem do siebie.
- Zbroi nie ma. Czyli uznała mnie za trupa. Czyli nie musze wracać do świątyni. Czyli… - tu zawiesił głos, jakby czekał aż Silka dopowie.
Ona jednak tylko spojrzała na niego podejrzliwie.
Wodnik westchnął i ostatecznie sam dokończył.
- Czyli mogę robić co ze chcę.
- Czyli… ?
- Eh… czyli skarbie, możemy pójść dokąd chcemy!
- „Skarbie”? – Silene niemal zzieleniała na twarzy.
- Wolisz moja pijaweczko?
Wampirzycy niemal oko zalatało. Odskoczyła od Wodnika, który chichotał jak głupi.
- Acha – stwierdziła w końcu.
Camus spojrzał na nią pytająco, próbując się nie śmiać.
- Tak reagujesz na głód. A matka mówiła, że to zawsze jest ten najbardziej nieprzewidywalny element niespodzianki… Ona, gdy była głodna milkła, ja robię się śpiąca… a ty dostajesz głupawki – podsumowała.
Wodnik tymczasem turlał się już po podłodze.
- Nie zniosę tego do zmroku – stwierdziła Silka pod nosem i zanurkowała gdzieś w rejony lodówki. – Pokazać ci sztuczkę? – zapytała wyławiając zza szafek szczura. – Jest szczurek… - zaczęła. – Nie ma szczurka – dokończyła, gdy zwierze wyrwał jej z ręki Camus i wbił w nie kiełki.
Kiedy Wodnik skończył swój aperitif, zaczął pluć futrem.
Silene usiadła na stole i z rozbawieniem obserwowała zniesmaczenie na jego twarzy.
- A jeśli to miało wszy, pchły albo kleszcze? – zapytał Camus z wyrazem twarzy zbitego psa.
- Nie lękaj się, na borelioze raczej nie zachorujesz, ani na żadne inne choroby… chyba, że psychiczne, matka mówiła, że wśród naszej najbliższej rodziny, wampirzej rodziny oczywiście, dużo było egzemplarzy chorych umysłowo, jakieś socjopatie, depresje, stany lękowe.
- To mnie pocieszyłaś – warknął. – Jest jeszcze coś o czym powinienem wiedzieć?
- Hmmm… pewnie tak, ale mamy na to dużo czasu. Całą wieczność – uśmiechnęła się, a jej oczy zabłysły dziko.
- Całą wieczność, jeśli słonko nie przysmaży – dodał pod nosem Wodnik, którego lekki posiłek pozbawił zbytnio optymistycznego nastawienia do obecnego jego położenia.

Komentuj (13)


26.08.2010 :: 17:35
193.
- Siostra - ucieszył się dla odmiany Neithir. - Wreszcie cię znalazłem!
Co powiedziawszy czekał, jakby spodziewał się co najmniej, że Tinwe padnie mu w ramiona.
- Szczerze mówiąc, nie wysilałeś się specjalnie w szukaniu mnie - zauważyła Elfka nie ruszając się z miejsca.
- Nie prawda, przecież szukano ciebie! A Eithen do dzisiaj nie wrócił.
- I raczej nie wróci - stwierdził cicho Tinwe przymykając na chwilę oczy.
- Dezercja! - krzyknął Neithir zniesmaczony.
- On nie żyje - odpowiedział zamiast Tinwe Yngvan.
- A ty skąd wiesz? I właściwie dlaczego tu jesteś? I dlaczego ona - tu wskazał na Arachię - na tobie wisi? - zabrzmiał co najmniej histerycznie.
Yngvan westchnął ciężko, odwinął Arachię i postawił na ziemi.
- Wiem, chociażby dlatego, że twoja siostra ma cień Eithena. Jestem tu bo miało być ciekawie...
- Dopóki ty tu nie przylazłeś - wpadła Yngvanowi w słowo wściekła Tinwe.
- A ona rzuciła się na mnie z nieznanych mi powodów.
Neithir łypnął na Arachię, która ściskała kawałek płaszcza Yngvana.
- Dobra, dobra - przerwał radosną rozmowę DM. - Ja mam inne pytanie, czego tu?
- Jak to czego? - zdziwił się Neithir.
- No czego? - dołączył się Lew, któremu długie leżenie w trumnie nie pomogło na mózg, a co gorsza teraz poczuł chęć rozruszania się.
- Waszą tutaj obecność można odczytać jako wtargnięcie - zauważył nieco bardziej kulturalnie Shura. - Prawda Shion?
Stary Baran łypnął na wszystkich.
- Dajcie wy mi święty spokój - warknął. - Masz - rzucił konkordat Dohko i znikł.
- Nie dobrze - mruknął do siebie Waga łapiąc konkordat.
- No to zabieracie się stąd, czy mamy użyć siły? - pieklił się Lew.
Słysząc to wojownicze Elfy niemal szykowały się do walki, ale nagle dał się słyszeć cichy, a jednak na tyle donośny głos, że wszyscy go usłyszeli.
- Nie walczcie.
- Kurrrrrrrrrrrrwa - wpienił się Lew.
- Co się stało? - spojrzał na siostrę zdezorientowany Neithir.
- Atena powiedziała, że nie mamy walczyć - wytłumaczył dobrodusznie Dohko.
- Kto?
- Atena.
- Ale... to ja to powiedziałam - ośmieliła się wyjrzeć zza Yngvana Arachia.
I zaraz tego pożałowała, bo wszystkie oczy skierowane były teraz na nią.
- Jeszcze jej nie wytłumaczyliście kim jest? - wyraz twarzy Yngvana był średnio zadowolony.
- Starałem się - odpowiedział Ryba. - Ale ona nie wierzy.
- Arachia - zwrócił się do dziewczynki, głosem dobrego wujka, Neithir. - Kim ty właściwie jesteś?
- Oni mówią, że jestem wcieleniem bogini Ateny - odpowiedziała cicho. - Ale, ale, ale... - Arachia przekrzywiła główkę, jakby pewne fakty zaczęły do niej dochodzić. - Mówili też, że są moimi rycerzami, że muszą mi być posłuszni - na twarzy dziewczynki pojawił się cień przebiegłego uśmiechu. - To znaczy, że musicie robić wszyyyyyyystko co wam każę? - zwróciła się do Goldów.
- No i zaczyna się - mruknął do siebie Shura, także usłyszało go tylko kilku Złotych i Raini. - Znowu będziemy spełniać zachcianki jakiejś smarkuli.
- No więc ogólnie rzecz ujmując, naszym zadaniem jest bronić cię - zaczął od dupy strony Strzelec.
- Ale czy musicie robić wszystko, co wam każę? - nowe wcielenie Ateny okazało się uparte.
Yngvan łypnął okiem na dziewczynę, która jakby nabrała odwagi i nie ukrywała się już za nim, a jej postać była dumnie wyprostowana, czyżby bogini doszła już do głosu?
- Odpowiadając krótko - wtrąciła się nagle Raini. - Tak, muszą. Nawet jeśli im każesz rzucać się w przepaść i się zabić, albo walczyć z kim tylko zechcesz. Ich zadaniem jest nie tyle bronienie cię, co umieranie za ciebie - dorzuciła lekko ironicznie.
Wszyscy Goldzi byli średnio zadowoleni z tej krótkiej przemowy Zerojedynkowej, nawet Kanonowi zalatało oko. Jednak na Arachię podziałała jak zimny prysznic.
- Nie chcę, żeby ktoś umierał... - stwierdziła.
- Ty - zwrócił się Saga do Afro. - Ale nie powiedziałeś jej, że poza tym, że jest Ateną a my jej rycerzami to ma bronić ziemie i ludzi przed zakusami innych, typu Posejdon? Ani, że średnio co 200 lat mamy Świętą Wojnę? - zapytał.
- Toooo mi jakoś umknęło - stwierdził Ryba z nieodgadnionym wyrazem twarzy.
- Grejt...
- Dobrze, to teraz podsumowując. Wy nie chcecie z nimi walczyć - zwróciła się do Elfów. - Bo i nie za bardzo macie o co. Oni nie mogą z wami walczyć, bo im Atena zabroniła. A więc żadnej walki nie będzie. Świetnie, to teraz powoli musimy się zwijać. Nie wiem czy pamiętacie, ale jeden świr zwany Lokim biega sobie luzem i dąży do Ragnaroku, a wy obiecaliście mi pomóc go dorwać - powiedziała Raini.
- No dobrze, ale ktoś musi tu zostać i chronić Atenę - Strzelcowi włączyła się prawomyślność. - Szczególnie, że nie przebudziła się jeszcze do końca - dodał już nieco ciszej, widząc morderczy wzrok towarzyszy.
- Ale nie musicie - machnęła ręką Arachia.
- Jak to nie musimy, taka praca - stwierdził ciężko wzdychając Milo.
- No to... weźcie sobie urlop.
- Urlop - Alde smakował brzmienie tego pięknego słowa.
- Urlop - rozmarzył się Shura. - Jak to pięknie brzmi.
- I równie nieprawdopodobnie. Czy my kiedykolwiek mieliśmy urlop... - stwierdził pesymistycznie DM.
- To ja wam daje urlop! - uśmiechnęła się anielsko Arachia.
- Ale czemu? - zapytał podejrzliwe Saga.
- No bo... ja nie chcę, żebyście mnie nie lubili...
Atena, która troszczy się o swoich rycerzy i daje im urlop? Arachia zdobyła właśnie serca niemal wszystkich Goldów.
- No dobrze, ale trzeba to jakoś formalnie rozegrać - zauważył Dohko, którego życie nauczyło, że czego nie ma na papierze, tego w ogóle nie ma.
I tak usiedli sobie wszyscy zebrani i z pomocą Vedzi i Raini powstały umowy o prace, które Goldzi z dziką radością podpisywali, szczególnie, że przewidziane w nich były urlopy.
Mroczne Elfy ostatecznie też zostały na terenie tzw. świątyni Ateny, gdyż Arachia nie chciała się z nimi rozstawać. W końcu były jedynymi istotami, które pamiętała... Tak więc w razie ewentualnych ataków, Elfy również miały służyć pomocą - osobne umowy podpisano.
Neithir był szczęśliwy, bo miał siostrę na oku, Tinwe szczęśliwa była mniej, choć z drugiej strony przestała być jedyną osobą obcej rasy w towarzystwie, co swoi to swoi.
Razem z Elfami w świątyni zamieszkały też Elia i Sherr, które pół doby miały postać ludzką, a drugie pół zamieniały się w odpowiednio jednorożca i czarnego smoka. Na tle wszelkich dziwactw przewalających się przez świątynie, wcale nie zawracały na siebie uwagi. Elia co prawda miała na pieńku od początku z Afro, bo pod postacią jednorożca niemal zeżarła jego różyczki, ale gdy Ryba zobaczył jej ludzką postać, wszystko puścił w niepamięć.
Ostatecznie ustalono, że ci którzy zechcieli przyłączyć się do Raini, wyruszą następnego dnia. A reszta Goldów ma urlop i mogą robić, co chcą, Arachia zostaje pod opieką Elfów.
Następnego dnia razem z Raini wyruszyli Saga i Kanon (oczywiście), a poza tym DM z żądną przygód Tinwe, Milo z Vedzią oraz samotny Shura (bieeedny XD).
W świątyni został Alde ze swoją Amazonką. Co prawda gdyby to zależało od niego, poszedłby na polowanie na Lokiego, ale Achird stwierdziła, że nigdzie go puści dopóki się nim nie nacieszy. Został również Afro z bardzo konkretnego powodu, chciał wszystkim wcisnąć, że będzie pilnował "interesu", ale i tak wiadomo było, że został, aby poderwać jakąś dziewoję.
Lew był niesamowicie wściekły, kiedy po przewaleniu domu do góry nogami, zbroi swojej nie znalazł, więc udał się wraz z bratem na poszukiwanie Ikkiego, który ostatnio widziany był w posiadaniu zaginionej złotej puszki.
Jeśli chodzi o Dohko, wolałby zostać w świątyni i pilnować Ateny, jakoś nie ufał Elfom, mimo że ręczyła za nie Tinwe, za którą ręczył DM... ale mimo wszystko to obcy. Jednak zwyciężył w nim ostatecznie niepokój o starego przyjaciela.
Shion często znikał sobie od tak po prostu, ale zjawiał się chociażby po to, aby pilnować porządku w świątyni (co mu ostatnimi laty średnio szło...), a tym razem? dokonało się tylu przemian, zmieniono stare tradycje, no bo kto to słyszał, żeby rycerze podpisywali umowy o prace. A jego tu nie było! To nie wróżyło dobrze.
Dohko powziął więc decyzje, odszuka Shiona. Gdziekolwiek by się nie zaszył, znajdzie go. Musi przecież sprawdzić, co się z nim dzieje. Waga dowiedział się od pozostałych Goldów, że od chwili, gdy Mu zginął w nie do końca wyjaśnionych okolicznościach Shionowi z lekka odbiło. Cholera wie, co staremu Baranowi może przyjść do głowy. Za młodych lat przecież był dosyć niestabilny...
Pozostawała jeszcze zagadka odesłanej zbroi Wodnika, ale jeśli faktycznie Camus został przerobiony na wampira, to nikt mu już teraz nie pomoże.
Tak właśnie Złoci rozplanowali swój urlop.
Mroczne Elfy pozostały z Arachią w świątyni.
Dopiero kilka dni później Neithir odkrył, że Yngvan podążył za ekipą ścigającą Lokiego. No cóż, nie był tym faktem uszczęśliwiony, ale z drugiej strony to dosyć podobne do tajemniczego, złotookiego Elfa.


Komentuj (18)