03.02.2007 :: 16:17
127.
Świątynia Ateny.
- Dlaczego nie chcesz zobaczyć mojego domu? – jęczał żałośnie DM, wlokąc się za Tinwe po korytarzach „hotelu” (XD spójrzmy prawdzie w oczy, to nie jest zwykła świątynia...)
- O nie dziękuję! Już się nasłuchałam, że u ciebie jedyną atrakcją są przeciągi.
- No, ale ty jesteś Elfem – nie poddawał się Rak.
- I co w związku? – Tinwe zatrzymała się i spojrzała na niego pytająco.
- Elfy mieszkają w lesie – oświadczył rzeczowo DM, czerpiąc swą wiedze z obejrzanego niedawno „Władcy Pierścienia”. – A w lesie wieje!
Tinwe nie wiedziała jak zareagować, skąd ten gość ma podobne informacje. Miała ochotę przywalić mu prosto w piękny uśmiech, który właśnie prezentował, ale nie mogła. Jego osoba wzbudzała pewną czułość w sercu Elfki, dość obojętnym na ludzi. Westchnęła ciężko i powiedziała:
- Po pierwsze: w lesie właśnie nie wieje. Po drugie: nie należę do Elfów, które mieszkają w lesie. Po trzecie: ostatnich łaaaaaaadnych pare lat spędziłam w uśpieniu pod ziemią. Wnioski! – tu poniosła głos. – NIE CIERPIĘ PRZECIĄGÓW.
DM spojrzał na nią jak zbity pies i najnormalniej w świecie uciekł.
Tinwe nadal stała na korytarzu nie bardzo wiedząc co zrobić, takiej reakcji się nie spodziewała.
Inna część świątyni (hotelu XD) Ateny.
Z windy właśnie wysiadła Raini w towarzystwie Bliźniaków. Zerojedynkowa okręciła się wokół własnej osi... miejsce, w którym się znalazła nie wyglądało bynajmniej na starożytne ruiny, raczej na zupełnie nowiusieńkie dzieło współczesnego budownictwa.
- Czy my jesteśmy...? – zaczęła, ale Saga wpadł jej w słowo.
- Tak, na samej górze.
- Ale dlaczego?
- Jakoś tak ostatnio tutaj kumuluje się życie towarzyskie – mruknął w odpowiedzi Kanon.
- Jest taka opcja, żebym dostała tu gdzieś herbatki? A najlepiej śniadanko? – zapytała, przypomniawszy sobie, że przecież jeszcze dzisiaj nic nie jadła. – Albo obiadek – dorzuciła widząc kątem oka godzinę na zegarze wiszącym koło windy.
- Czemu nie, kuchnia wita – uśmiechnął się Saga. – Pani pozwoli – mówiąc to ukłonił się przed Raini i (jak to się uroczo nazywa) podał jaśnie pani ramię XD.
Kanon zamrugał szczerze zdziwiony zachowaniem brata i nie na żarty przestraszył go błysk w jego oku. Co też znowu sobie ubzdurał? Musi go pilnować!
Raini też nieco zdziwiona, olała jednak Sagę i poszła przed siebie. Zatrzymała się jednak przy pierwszym ‘skrzyżowaniu’ nie wiedząc gdzie skręcić. Tu dogonili ją Bliźniacy i dalej szli już razem, całą szerokością korytarza.
Nagle, tuż przy kolejnym rozwidleniu dróg, przemknęły w dzikim galopie Amazonki.
Raini spojrzała zdziwiona (po raz któryś już tego dnia XD) obyczajami panującymi w tej świątyni, ale bracia wzruszyli ramionami i cała trójka poszła dalej.
Inna część tego samego budynku.
Amazonkom ze straży przybocznej królowej udało się wciągnąć nieznajomego do góry z półki, na której leżał, po czym zaniosły go do świątyni. Obawiając się niepotrzebnych pytań i odpowiedzi, jakie trzeba by było wymyślać na poczekaniu, przemknęły szybko korytarzami, byle donieść rannego do kwatery Kaori, bo tak sobie zażyczyła. Minęły gdzieś po drodze kilku Goldów, ale nie przejmowały się tym zbytnio.
Trzy Amazonki wreszcie dopadły upragnionych drzwi. Nie zwlekając weszły do środka i położyły faceta na łóżku. Niedługo po nich przyszła Kaori. Chciała razem z nimi transportować dziwne znalezisko, ale Schedar uznała, że bieganie po korytarzach nie wypada królowej i Kaori musiała wracać sama. Uległa, bo jak na dzień dzisiejszy przeforsowanie pomysłu z pomocą rannemu, było wystarczającym wyczynem.
Kiedy nareszcie dotarła do swojego pokoju, Amazonki już opatrzyły nieprzytomnego.
- I jak? – zapytała Kaori, siadając na łóżku obok leżącego w nim pacjenta.
- Szczerze mówiąc jest w lepszym stanie niż się spodziewałam – stwierdziła Segin, obdarzona pewnymi zdolnościami uzdrowicielskimi. – Bardzo potłuczony, gdzieniegdzie jego skóra sprawia wrażenie, jakby go ktoś po żużlu ciągnął, ale właściwie poza złamaną ręką nic mu nie jest. Chociaż musiał porządnie uderzyć się w głowę, dlatego też jest nieprzytomny i tym bym się martwiła najbardziej.
- Myślisz, że ma wstrząs mózgu? – zapytała Schedar.
- Nie wiem, ale może. I na to ja już nic nie poradzę. Ale wydaje mi się, że na guzie się u niego skończy. Kiedy go badałam, odniosłam wrażenie, że walki, a co za tym idzie rany i potłuczenia, nie są dla niego niczym nowym.
- Wojownik? – zdziwiła się Kaori.
Segin skinęła głową.
- Jeśli wierzyć moim umiejętnością.
- Pani zrobiłyśmy tyle ile mogłyśmy – powiedziała Schedar do królowej. – Chodźmy coś zjeść, bo szczerze mówiąc, niesienie go trochę siły nas kosztowało.
Kaori kiwnęła głową.
- Możecie iść.
- A pani?
- Posiedzę z nim. Możecie mi przynieść coś do jedzenia.
Amazonki stały przez chwilę zdziwione kolejnym tonem stanowczości, jaki pobrzmiewał w głosie królowej, ale w końcu wyszły. Achird zgodziła się czuwać pod drzwiami, a Segin i Schedar poszły do kuchni po jedzonko.
Gdzieś w lesie.
Minęło kilka dni. Arachia nie rozstawała się z dwoma Elfami, na które przypadkiem natrafiła. Wydawało się, że Neithir wziął ją pod swoje skrzydła i nie mogły tego zmienić nawet ostrzegawcze uwagi Yngvana. Wręcz przeciwnie, im bardziej nalegał, żeby zostawić dziewczynę, tym bardziej książę trwał przy swoim. Wreszcie Yngvan poddał się. Nie widział sposobu, żeby go przekonać i po raz kolejny klął w duchu na upór Neithira. Ile razy już ta niezbyt chwalebna cecha sprowadzała problemy na niego samego i wiernych mu Elfów? Trudno byłoby zliczyć...
Zbliżał się natomiast dzień wyznaczony na ponowne spotkanie oddziałów, które po bitwie miały się rozproszyć. I pojawiło się pytanie, co zrobić z Arachią?
- Nie możesz jej przecież zabrać! – upierał się Yngvan ściszając głos do szeptu, żeby nie obudzić śpiącej niedaleko dziewczyny.
- Przecież jej nie zostawię w środku lasu, jest tylko człowiekiem, kto wie co może się jej stać – Neithir jak zwykle upierał się przy swoim.
- Z tego co wiem, w tych lasach nie ma jakichś szczególnie niebezpiecznych zwierząt. Nie te czasy. A poza tym, ona wcale zwykłym człowiek nie jest, jeśli chcesz znać moje zdanie – mruknął w odpowiedzi.
Neithir przez dłuższy czas nie odpowiadał, widocznie uznał sprawę za wyjaśnioną. Yngvan gotował się w środku, gwałtownie wstał i chciał opuścić ich obecne obozowisko, udać się głębiej w las, żeby jego cholernej książęcej mości nie powiedzieć kilku słów za dużo. Ale zatrzymał się nad śpiącą dziewczyną. Leżała odwrócona do nich plecami, zwinięta pod jego płaszczem i... dostrzegł na jej policzkach ślady łez. Czyżby wcale nie spała i wszystko słyszała?
- Pójdziesz na spotkanie sam – rzucił Neithirowi. – Ja zostanę z dziewczyną.
Nie czekając na odpowiedź znikł między drzewami.
Następnego dnia, gdy Arachia się obudziła rozejrzała się wokół, ale nie dostrzegła nikogo. Czyżby ją zostawili?
Przestraszyła się, nie chciała zostać sama. Przecież wciąż nie wiedziała kim jest. Jedyne co zdołała sobie przypomnieć, to dziwne światło, które spadało wprost na nią. Odruchowo spojrzała na dziwną bliznę na dłoni.
Rozejrzała się jeszcze raz. Nie wiedziała co ma ze sobą zrobić, zawołać ich? Ale skoro ją zostawili to pewnie są już daleko więc i tak jej nie usłyszą, a jeśli nawet to pewnie nie odpowiedzą na jej wołanie.
Stało się tak, jak przekonywał ten niemiły, wysoki Elf o złotych oczach, powinno się stać. Od początku nie chciał z nią mieć nic do czynienia, czego w ogóle nie ukrywał, ale wydawało jej się wczoraj, że powiedział, że zostanie z nią. Mógł to być jednak tylko sen...
- Neithira nie ma – usłyszała znajomy głos. – Już poszedł.
Z drzewa zeskoczył ten, o którym myślała przed chwilą, Yngvan.
- Na twoje nieszczęście ja zostałem – uśmiechnął się złośliwie.
Zauważył, że opuściła głowę, a włosy zakryły jej twarz. Podszedł i przykląkł przy niej.
- Spójrz na mnie – rozkazał.
Powoli uniosła głowę i spojrzała w te dziwne, mieniące się złotem oczy.
- Znowu płaczesz? – dostrzegł zbierające się łzy, mimo że żadna jeszcze nie spłynęła po policzku.
- Bo ty mnie tak bardzo nie lubisz – powiedziała cicho.
- Nie lubię? Powiedziałem kiedyś coś takiego?
Pokręciła przecząco głową.
- Jestem tylko ostrożny, podwójnie ostrożny, za siebie i za niego. Choć to i tak nie wiele pomaga – mruknął jakby do siebie.
- Ale, nie jesteś tak miły jak... – zawiesiła głos. Zawsze miała problem, żeby nazywać Neithira po imieniu, mimo że sam o to prosił. Po prostu nie mogła, wydawał się zbyt odległy.
- A widzisz – na twarzy Yngvana znów zagościł ten charakterystyczny, kpiący uśmiech. – Taka już moja natura.
- To znaczy, że mnie lubisz? – rozjaśniła się Arachia i zanim Elf zdążył odpowiedzieć, zarzuciła mu ręce na szyję i szepnęła – dziękuję.
Yngvan westchnął, ale ugryzł się w język, żeby nie powiedzieć, że przecież nic nie mówił też o tym, że ją lubi.
-----------------------------
Wsiego naj Arachia ^.^
Komentuj (15) 07.02.2007 :: 02:23
128.
Gdzieś pomiędzy ziemią i niebem.
Leciał tak szybko, jak tylko pozwały mu jego śnieżnobiałe skrzydła. Miał ważną wiadomość do przekazania w Niebie.
Od jakiegoś już czasu robił za pośrednika miedzy Aniołami, tymi siedzącymi na wysokościach i tymi zamieszkującymi piwnice (XD). Nikt o zdrowych zmysłach nie przyznałby mu tak ważnego i odpowiedzialnego zadania, gdyby nie ten drobny szczegół, że poprzedniego pośrednika dorwali ci z Imperium i nie obeszli się z nim zbyt łagodnie. Po tym incydencie nikt odpowiedni nie palił się do podjęcia tego zadania... ale jak wiadomo idioci są wszędzie.
Tak więc sam zgłosił się i był cholernie z tego dumnie. Ojej zaklął... Wszystko przez Czarnych! Oni ciągle tylko klną. Przebywał z nimi zaledwie kilkanaście godzin, a już widać efekty...
Otrząsnął się z obrzydzeniem! Nie chciał zostać zesłany na stałe do piwnicy... Zamachał pięknymi skrzydłami. Miałby się pozbyć tej pięknej bieli? Za nic!
A właśnie zadanie! Przypomniał sobie i szybko wrócił na kurs.
Fakt, że Niebo w chwili obecnej najwyraźniej bratało się z Piekłem, zupełnie nie przeszkadzał Aniołom o białych skrzydłach, uważać tych na dole za gorszych od siebie. Obecna sytuacja zmusiła ich do współpracy, ale to wcale nie znaczyło, że uznali ich za równych sobie! Po prostu przydałaby się pomoc, a szczerze powiedziawszy chłopcy od brudnej roboty.
Teraz kiedy Imperium nie jest już takie silne, niemal wszystkie zniewolone niegdyś (nazwijmy to XD) „instytucje” zaczęły wyglądać kogoś, kto poprowadzi ogólno-mitologiczne (XD) powstanie przeciw znienawidzonej sile!
Niebo chciało oczywiście przejąć tę rolę, ale wszyscy zdawali sobie sprawę, że nie mają na tyle siły przebicia, żeby pod swoim sztandarem zjednoczyć wszystkich. Tak więc współpraca odwiecznych wrogów okazała się jedynym wyjściem z sytuacji. Czarni mieli co do tego podobne zdanie, poza faktem, że to Niebo im pomaga a nie odwrotnie, ale nie wnikajmy w tak nieistotne szczegóły. Za to bardzo ważna była korespondencja prowadzona między Aniołami. Jako że żaden z wyższych rangą u góry nie miał najmniejszej ochoty zniżać się do poziomu tych z piwnicy (i vice versa zresztą XD), potrzebny był ktoś. Jak już wspomniano, przez nieszczęśliwy wypadek Niebo straciło jednego ze swoich, ale ktoś w końcu zajął jego miejsce...
„Wybraniec losu” za jakiego uważał się posłaniec, latał w te i z powrotem niemal bez dnia wolnego. Ale jakoś dobrze mu z tym było. Wmawiał sobie, że na jego silnych i pięknych skrzydłach spoczywa odpowiedzialność za przyszłość całego świata.
Tak więc wracał do Nieba przekazać odpowiedź Lucyfera co do wielkości armii, jaką dysponuje, kiedy nagle tuż koło niego...
Nie musiało mu się wydawać...
Ale jednak...
Jedna za drugą zaczęły przelatywać koło niego płonące strzały. Ze zdziwienia aż zawisł w powietrzu. Przecież strzały wyszły z użycia dawno temu! Żeby wpadł mu w drogę samolot albo jakaś rakieta ziemia-powietrze, to by jeszcze zrozumiał, ale strzały?!
Rozejrzał się zaciekawiony skąd one się wzięły i właściwie nieświadomie obniżył lot. TAM! Na polanie w lesie, stamtąd były wystrzeliwane!
No i stało się! Oberwał! Jedną, drugą, a gdy już zaczął uciekać, trzecią na pożegnanie. Prawe skrzydło zajęło się ogniem!
Posłaniec wystraszył się nie na żarty! Przecież to jego drogocenne, śnieżnobiałe skrzydło! Nie może się tak po prostu spalić! To nie do pomyślenia... ale zaraz... jeśli faktycznie się spali (a na to wyglądało XD), to jak on trafi z powrotem do Nieba?
Dopiero teraz wpadł na pomysł by wzbić się wyżej i zdążyć dotrzeć tam, gdzie z wyczekiwano jego powrotu... Za późno... połowy skrzydła już nie było.
Anioł zawył z bólu (reakcje to on ma nieco opóźnione _^_), ale nie poddawał się. Tracił jednak siły, a co za tym idzie również i wysokość. W którymś momencie silniejszy podmuch zwiał go i rąbnął nim wprost o jakiś biały budynek.
Anioł stracił przytomność i opadł na ziemię.
Polana w środku lasu.
Narada trwała w najlepsze.
Neithir szalał. Nikt nie miał pojęcia, gdzie mogła podziewać się jego siostra. Tinwe jako jedyna, z tych, którzy przeżyli, nie pojawiła się na tym spotkaniu. No poza Yngvanem pilnującym Arachii, ale o tym książę wiedział. Natomiast brak informacji o siostrze poważnie go zaniepokoił. Mogło to oznaczać, coś czego wcale nie miał ochoty formułować w słowa...
Elfy jednak czekały na rozkazy. Co teraz mają robić? Neithir nie namyślając się za długo (jak zwykle zresztą XD) kazał wszystkim przeszukać okolicę... albo i nie! Wrócić do świątyni i stamtąd prześledzić drogę jej ucieczki! Był wszak wśród jego wiernych Elfów ktoś, kto potrafił odtwarzać przeszłość!
Ale nagle jakiś dziwny cień przemknął nad nimi. Wszyscy zebrani poderwali się, nie czekając na hasło złapali za łuki i wycelowali je w niezidentyfikowany obiekt latający.
Zwykły człowiek nie miał prawa dostrzec Anioła szybującego po niebie. Jedynie, gdy któryś z nich chował skrzydła tak, że stawały się nie widoczne, ludzka istota mogła ich zobaczyć, ale robili to rzadko i tylko w wyjątkowych sytuacjach. Ale Elfy przecież nie były zwykłymi ludźmi, to co ukryte dla oka człowieka, im rzucało się w oczy momentalnie.
Grad strzał poleciał w kierunku dziwnego stworzenia i ku ogólnej radości kilka z nich dosięgło jego skrzydeł. Wiatr zniósł go gdzieś daleko. Gdzie? Żaden z Elfów sprawdzać nie chciał. Wszystko stało się tak szybko, że istota nie miała szans dostrzec ich! Taką mieli nadzieję.
Na wszelki wypadek jednak postanowili opuścić to miejsce natychmiast i spotkać się ponownie gdzie indziej za kilka dni. W tym czasie wyznaczeni mieli poszukiwać zaginionej Tinwe.
Neithir wracał do swojej małej grupy długo... błądził po lesie wyrzucając sobie, że znów przez niego stało się coś złego. Jeśli Tinwe... nie! Nie może tak myśleć. Na pewno się znajdzie! Może zapomniała kiedy mieli się spotkać! Przecież zawsze było roztrzepana! Tak, tak mogło być! Pochwycił tę myśl jak ostatni promień nadziei i nie chciał puścić. Nieco podniesiony na duchu wrócił wreszcie do miejsca, gdzie rano zostawił Ynvana i Arachię.
Jakaś skała, niedaleko hotelu XD Ateny.
- Głuchy jesteś? Powiedziałem ręce precz od mojej żony! – ryknął Nemi jeszcze raz.
- Nie, nie jestem głuchy, słyszałem cię doskonale za pierwszym razem – stwierdził z kamienną twarzą Mu i przyciągnął Shuu do siebie.
- To gdzie pchasz te łapy?! – „mąż” z innego wymiaru najwyraźniej przestawał nad sobą panować.
- Tam gdzie mam ochotę – odpowiedział Baran i pocałował Shuu.
- Jak śmiesz?!!
Smok leciał już na nich. Ale Mu po prostu przeteleportował się kawałek dalej, a Sherr zaryła w ziemię.
- Ty wiesz, że to złośliwe – mruknęła Shuu.
- No ba – usta Mu rozciągnęły się w jakimś wrednym uśmiechu, zupełnie do niego niepodobnym. – Przynajmniej raz ja nie jestem zazdrosny.
- I tylko o to ci chodzi? Cicha zemsta?
- Hmmm... tylko? – udawała, że się namyśla, aż Shuu pociągnęła go za włosy. – Ała! No przecież wiesz, że nie tylko, nikomu nie oddam mojej kobiety...
- Coś ci się spodobało to określenie.
- Tobie też :P
Znów przeteleportowali się kawałek dalej. A Nemi nieomal nie wyrobił z hamulcami i nie wpadł w przepaść.
Segno tymczasem zgrabnie zeskoczyła z grzbietu smoka i pogłaskała biedną Sherr po mordce.
- Mam nadzieję, że nic cię nie boli – uśmiechnęła się „matka” z innego wymiaru.
W oczach Smoka dostrzegła wdzięczność.
- Segno! Może mi pomożesz! – usłyszała wściekły głos Nemi.
- To ty uparłeś się, żeby tu przyjść, nie ja.
- CO?! zrezygnowałaś z naszego planu?
- Ja mam tylko wątpliwości, czy to był dobry plan – mruknęła do siebie, ale podeszła do Nemi zdejmując naszyjnik.
- Mówię ostatni raz – „mąż” nie dawał za wygraną. – Zostaw moją żonę!
- Ile razy mam ci mówić, że nie jestem twoją żoną! Nie byłam i nigdy nie będę! – odkrzyknęła Shuu nie odklejając się od Mu.
- Właśnie – dodał Baran z przesłodkim uśmiechem. – To moja kobieta!
- Skończ już z tym „moja kobieta”, bo zrobi się nudne.
- Nie :P
- COOOOOOO???? Co to ma znaczyć?!!!!! – przerwał im słodkie przekomarzanie się Nemi. – Co to ma znaczyć do cholery... zaraz... czy ty... ty z nim?
Shuu wzruszyła tylko ramionami.
- Chyba mogę robić to, na co mam ochotę, nie?! Nie jestem niczyją żoną ani żadna ze mnie królowa. Wrong address sorry Winetou!
- Nie wybaczę – mruknął dziwnie cicho Nemi. – Daj mi swój wisiorek – powiedział do Segno.
- Ale... – próbowała coś odpowiedzieć, może nawet sprzeciwić się, ale wzrok jaki na niej spoczął powstrzymał ją przed tym i posłusznie oddał, co chciał.
- No to teraz zobaczymy... – uśmiechnął się odziany w zieleń facet.
Zły błysk w jego oku zaniepokoił Shuu. Przecież miała do czynienia z jego mocą jakiś czas temu... trudna nazwać go słabym.
Nagle tuż nad nimi przeleciało jakieś stworzenie. Wszyscy zadarli głowy do góry czując zapach spalenizny. Podążyli wzrokiem za białą postacią, z której najwyraźniej unosił się dymek. Istota zderzyła się z dachem hotelu Ateny i tyle ją widzieli.
Po chwili wrócili do przerwanego wątku.
- Miałeś szansę się wycofać – rzekł dumnie Nemi. – Teraz poznasz moc Lorda Kerila!
- Co? A mówiłeś, że byłeś tylko mężem królowej – nie wytrzymała Shuu.
- Ale tytuł mi się należał! – ryknął wściekły „mąż”, że przerwano mu w tak doniosłym momencie.
- I co? Sam se wymyśliłeś?
- Pozwólcie, że wytłumaczę – wystąpiła na przód Segno. – Jak już powiedzieliśmy zostałaś uznana w naszym świecie, za wysłanniczkę boga Kerila, tak więc twój, to znaczy nasz ród został ochrzczony tym imieniem.
- A ten gość się wżenił i został Lordem, fajnie – podsumował Mu.
- DOŚĆ! – nie wytrzymał Nemi.
Segno odwróciła się przestraszona w jego stronę.
Trzymał dwa podobne, choć nie identyczne naszyjniki, swój w lewej, jej w prawej ręce i mamrotał niezrozumiałe słowa.
- Nie zamierzasz chyba... – przeraziła się nie na żarty Segno.
----------------------------------------
Pisanie po nocach jest dobre :3
Komentuj (26) 10.02.2007 :: 00:47
129.
Dom Ryb.
Tinwe próbowała znaleźć DM, ale nigdzie w świątyni (hotelu _^_) go nie było. Poszła więc tam, dokąd prowadziły schody i tak zaszło do Afro (:P nie że spełniam zachcianki, tak było w scenariuszu :P).
Ryba jak zwykle szalał wśród róż (buszujący w chwastach _^_) z konewką. W słomkowym kapeluszu i czerwonych ogrodniczkach wyglądał jak... idź stąd i nie wracaj -_-‘
Tinwe widząc ów niecodzienny dla niej widok, zatrzymała się i z rodziawioną paszczą (łapała muchy _^_) przyglądała się spektaklowi. Wreszcie Afro wyprostował swoje biedne, zmęczone plecy i zastygł w bezruchu.
- O żesz kurwa – usłyszała Tinwe.
Ryba przyjął kolor niemal identyczny jak jego ogrodniczki. Po czym przeskakując nad krzakami róż pognał do domku. Wpadł do swojego prywatnego pokoju, złapał w miarę normalne ciuchy i szybko się przebrał, wkurwiając się na złośliwość losu, że to akurat ONA musiała go widzieć w jego ukochanych, choć obciachowych spodenkach...
Tinwe tymczasem pozbierała się niejako po przeżytym szoku i ruszyła dalej przed siebie, na dół. Gdy dotarła do wejścia do domu Ryb stał już tam Afro, seksiarsko oparty o jedną z kolumn w z białą róża w zębach. Elfka zauważyła, że przebrał się. Zamiast nieszczęsnych ogrodniczek miał na sobie czarne, skórzane spodnie i czarną, prawie przeźroczystą bluzeczkę bez rękawów. Zaczęła się zastanawiać, gdzie on w takich ciuchach chodzi. (do burdelu pewnie xD)
Afro mający co najmniej dziwny gust, stwierdził, że wywarł na Elfce piorunujące wrażenie i zadowolony z siebie podszedł do zastygłej w bezruchu Tinwe i podał chwasta... znaczy kwiatka ^^’ po czym zaofiarował się, że oprowadzi ją po swoim domu, a jeśli wyraziłaby takie życzenie, to również po innych, leżących nieco niżej.
Jeden z pokoi w hotelu/świątyni Ateny.
Silene otworzyła oczy i zapatrzyła się w sufit. Motyw róż na suficie był jej dziwnie znajomy (zgadnijcie kto malował _^_), ale jakoś nie mogła poukładać żadnych faktów... coś jej się plątało po głowie, ale nie mogła w chaosie obrazów przelatujących jej przez myśl, znaleźć jakiegoś sensu.
Wstała z łóżka i nie rozglądając się zbytnio podeszła do drzwi. Otworzyła je delikatnie i zaraz dostrzegła jakiś ruch. To drzwi pokoju obok otworzyły się na oścież i już biegł do niej ta denerwująca dziewczyna.
- Dzień dobry – powitała ją z szerokim uśmiechem.
Silene nadal stała w lekko uchylonych drzwiach. Przyglądała się dziwnie wyszczerzonej twarzy i zastanawiała o co może znowu tej małej chodzić. Pamiętała wszystko, aż do chwili, gdy głód ją dopadł, potem wszystko staje się takie zamazane... zaraz czy ona przypadkiem nie zmierzała w stronę pokoju tej dziewczyny? Czyżby... ale nie wyglądała na pogryzioną.
- Czy ma pani ochotę coś zjeść, w końcu długo nie wychodziła pani z tego pokoju – niemal na jednym tchu wyrzuciła z siebie. – Mówiłam wszystkim, którzy o panią pytali, że źle się pani czuje.
- Długo O_o – Silene była w niemałym szoku.
- Prawda? jak szybko ten czas mija – uśmiechnęła się rozbrajająco dziewczyna. – A czy pani towarzysz – mówiąc to mrugnęła porozumiewawczo – już wyszedł? Nie zauważyłam go?
- Obserwowałaś moje drzwi?
- Oczywiście, żeby nikt wam nie przeszkadzał.
- Towarzysz... – oczy Silene rozszerzyły się w zdumieniu...
„JAKI TOWARZYSZ?!” – pomyślała.
- To znaczy, że jeszcze nie poszedł. Proszę się nie martwić i wszystko mi zostawić. Postaram się, żeby nikt nie przeszkadzał. A gdyby pani czegoś potrzebowała, będę zawsze obok.
Powiedziawszy to dygnęła i wróciła do siebie.
Silene zamknęła drzwi i zamyślona podeszła do łóżka. Dopiero teraz zauważyła, że przecież nie leżała w nim sama. Na samym skraju leżała jakaś, zawinięta w prześcieradło postać.
„Wczorajszy obiad?” – pomyślała.
Podeszła i ściągnęła prześcieradło. Okazało się, że leżał tam... niekompletnie ubrany Camus (*^^*).
(O_____O <- Sil... XD)
„Dlaczego ja niczego nie pamiętam?!” – pomyślała coraz bardziej zdesperowana.
Rzuciła na Wodnika prześcieradło i usiadła na krześle naprzeciwko łóżka. Co też takiego się stało, że nie może sobie przypomnieć? Camus przecież żył, to widać na pierwszy rzut oka, tylko śpi. Pytanie zasadnicze brzmi, DLACZEGO DO CHOLERY NIE WE WŁASNYM ŁÓŻKU?! Kto to widział, żeby zadawać się ze zwykłym śmiertelnikiem... no może nie takim do końca zwykłym, ale jednak. Ciekawe jakby na to zareagowała Majris?
Silene westchnęła i nagle jakby ją oświeciło.
Tego wieczora, gdy już skradała się do pokoju obok w niecnych celach, spotkała na korytarzy Camusa. Rzuciła się na niego, ale powstrzymał ją, a potem pocałował... Iiii... iiii..
- Myśl Silene, myśl! To się czasami przydaje! – mruknęła do siebie.
Próbowała się skupić. Wrócić pamięcią do tamtej chwili. Zamknęła oczy. Niemal czuła usta Camusa na swoich, ale wtedy... tak, wtedy znów nie mogła nad sobą zapanować i wpiła się w niego niemiłosiernie. A chwilę potem Wodnik osunął się w jej ramiona nieprzytomny. Ktoś stał za nim...
- RIVIR! – krzyknęła Silene.
Camus poruszył się w łóżku, ale nie obudził, przewalił się tylko na drugi bok.
Przez otwarte okno wpadł jakby gwizd i tuż obok wampirzycy z nikąd pojawił się Rivir.
- Wzywałaś?
- Co ty sobie wyobrażasz?! – warknęła do niego przyciszonym głosem, nie spojrzawszy nawet na przybyłego.
- Pozwól sobie przypomnieć, że gdyby nie moja interwencja, nie spałby sobie tutaj smacznie.
- Wcale nie powiedziane – zaprzeczyła, ale jakoś bez przekonania.
- Wiem, że wiesz, że mam rację – w jego dźwięcznym głosie pobrzmiewała nutka rozbawienia. – Dzięki mnie nie napiłaś się swojego kochanego, tylko jakiegoś tam zwykłego człowiek. Pomyśl, gdyby nie ja...
- I tylko po to przyszedłeś?
- Przecież to ty mnie wzywałaś.
- Pf – Silene wydęła usta, nie miała już nic do powiedzenie Rivirowi.
- Właściwie – usłyszała jego szept tuż przy swoim uchu. – Powinnaś uważać. Niedługo będzie tu miało miejsce kilka niebezpiecznych zdarzeń. Przybędzie, ktoś kto może cię chronić, mimo że nie podejrzewałabyś go o to. Uważaj na siebie, mała niedoświadczona istotko.
- Kto jest mały i... – Silene zerwała się z krzesła, ale słowa uwięzły w jej gardle.
Rivira już nie było.
Nagle doszedł do niej jakiś dziwny dźwięk, a potem zobaczyła jak coś spada tuż obok jej okna. Zdziwiona podeszła i wychyliła się przez nie.
Musiała kilkakrotnie zamrugać, żeby wreszcie uwierzyć własnym oczom. Tuż pod jej oknem leżał nieprzytomny Anioł ze spalonym jednym skrzydłem. Smród spalenizny jeszcze było czuć.
- Przybędzie ktoś kto może mi pomóc? – powtórzyła, dopiero co usłyszane słowa Rivira. – Chyba żartujesz?!
- Co się stało? – usłyszała rozespany głos Camusa.
- Sfajczony Anioł z nieba spadł – stwierdziła Silene obracając się do Wodnika. – Ubieraj się, będzie nasz.
- CO?! – Camus chyba nie mógł się dobudzić.
- Jak to co, zrobimy sobie niewolnika – uśmiechnęła się Silene przebiegle.
--------------------------------------------
130 odc XD banzai banzai
ALE co ważniejsze urodziny Sil *^^* wielkie BUZIIIII XD :************ dla mojej seme!!!
Komentuj (29) 17.02.2007 :: 00:17
130.
Zadymiony pokój.
Rivir jak zwykle wszedł bez pukania.
- Wszystko widziałam! – usłyszał głos zza firanki.
Wyrocznia siedziała we wnęce pokoju, ukrytej za firanką i wdychała te swoje dymki i inne kadzidełka.
Rivir zamknął drzwi, uwalił się na fotelu i sięgnął po paczkę fajek, którą miał w kieszeni.
- O co ci znowu chodzi? – zapytał zapalając papierosa.
- Na cholerę powiedziałeś jej o skrzydlatej pieczeni?
- A co miałem zrobić? – uśmiechnął się do unoszącego się dymu papierosowego.
Nagle Wyrocznia dostała ataku kaszlu.
- Zgaś te pierdoloną fajkę! Wiesz, że to nie działa dobrze na moje płuca.
- Za to kadzidełka są zbawienne – mruknął.
Zaciągnął się jeszcze ze dwa razy i zgasił papierosa.
Zza firanki wyłoniła się kobieta w rozpuszczonych włosach i wyglądając ja po dobrym jaraniu (XD).
Zataczając się z lekka doszła do łóżka i jak stała, tak na nie opadła.
- Fajrant na dzisiaj – ogłosiła, szukając dłonią poduszki.
- Pracowałaś? – zapytał przyglądając się stercie nie pozmywanych naczyń walających się tu i tam.
- Nie ja tak tylko dla sportu, żeby nie wyjść z wprawy – Wyrocznia oparła się na łokciu i spojrzała na gościa. – Weź posprzątaj trochę.
- Dlaczego za każdym razem jak się tu zjawiam, to robię za służącą? – skrzywił się Rivir.
- Ktoś kurwa musi, ja zarabiam to ty sprzątaj – stwierdziła z przekąsem, przewróciła się na bok i zwinęła.
Usłyszała długi, gwizd i już wiedziała, że Rivir zabrał się za sprzątanie, ale że nie chciało mu się tyłka ruszyć, to posłużył się tym, co stanowiło jego siłę – dźwiękiem. Zaraz potem dotarło do niej szum lecącej wody z kranu i stukanie naczyń.
- Tylko nic nie stłucz – mruknęła tak cicho, że ledwo słyszalnie, ale była pewna, że adresat tych słów usłyszał.
Chwilę potem już spała i nawet nie poczuła, gdy została przykryta kołdrą.
Gdzieś tam na skałach.
- Właśnie, że zamierzam – ryknął Nemi i dalej mamrotał jakieś skomplikowane słowa, których ani Mu ani Shuu nie zrozumieli.
- Ty... a długo tak będziemy czekać? – zapytała wreszcie Shuu.
- Wolne żarty – stwierdził Mu i już chciał jebnąć w kierunku upierdliwego niby-męża Starlight Extinction, ale złapała go za rękę Shuu.
Spojrzał na nią zdziwiony.
Pokręciła głową.
- Wiesz – mruknęła cicho. – Może to dziwne, ale nie chcę, żeby coś mu się stało. Mają problem, tam w ich świecie. Pomysł ze ściągnięciem mnie tam jest zupełnie pojebany... ale... powiedzieli, że to była ich ostatnia nadzieja...
- Tylko mi nie mów, że chcesz z nimi iść.
- Nie, coś ty... tylko żal mi ich...
- I co mam robić? Czekać aż on tam wykumuluje to co chce i mnie przypadkiem zabije?
- Nie chce, żeby ktoś tu zginął – powiedziała Shuu i wbiła wzrok w ziemię.
To co powiedziała, odbijało się echem w jej myślach, jakby mówiła to już tysiące razy... Dziwne strzępki wspomnień zaczęły zalewać jej umysł. Mężczyzna umierający na jej rękach, bezludne ulice jakiegoś miasta w czasie ulewy, oddalające się światła portu widziane z pokładu płynącego statku... nie potrafiła ich wszystkich wyłowić. Obrazy z jej własnego życia przemieszały się z innymi, zupełnie jej nie znanymi. Zaczęła się zastanawiać, czy to nie wspomnienia płynące od któregoś z przybyszów z innego świata...
Mu przyglądał się jej zastygłej twarzy, ale kątem oka obserwował poczynania intruza. Musiał być ostrożny teraz została mu tylko obrona.
W tym samym czasie Segno biła się z myślami. Zupełnie jej się nie podobało to, co próbował teraz zrobić Nemi. Nie tak miało to wszystko wyglądać. Chociaż właściwie czego się spodziewała? Że wpadną do innego świata znajdą Shuu powiedzą, że jest im potrzebna, a ona po prostu z nimi pójdzie? Z własnej, nieprzymuszonej woli? A co z jej życiem tutaj?
Teraz gdy Segno widziała Shuu razem z Mu, widziała, że jest szczęśliwa. Jako matka nie pragnęłaby niczego więcej poza szczęściem dla swojej jedynej córki. Ale trudno było zrozumieć, że tak naprawdę wcale nie łączą ich więzy krwi... Była przecież niemal taka sama!
I chociażby z tego powodu, Segno powinna była wiedzieć, że skłonienie Shuu do zrobienia czegoś wbrew jej woli będzie baaaaardzo trudne, o ile w ogóle możliwe.
Nagle usłyszała w głowie szept.
„Musisz powstrzymać go!”
„Kim jesteś?” – zapytała w myślach, zupełnie zdezorientowana.
„Tobą.”
„Mną?!”
„Jestem Segno z tego świata. Ale nie żyję już. Jestem duchem, w pewnym sensie.”
„Wyglądałaś tak jak ja?”
„Mhm... odejdź na bok, to mnie zobaczysz.”
Segno powoli wycofała się za siedzącego na skale Smoka.
Ledwo znikła z oczu Nemi i reszty, stanęła przed nią idealna jej kopia, lekko przeźroczysta.
- Obserwowałam was jakiś czas – oświadczyła cicho zjawa. – Nie możesz pozwolić, żeby Nemi zabrał stąd Shuu.
- Dlaczego? – udawała zdziwienie Segno, choć sama do podobnych wniosków doszła.
- Nie udawaj – uśmiechnęła się smutno i zrobiła się trochę bardziej niewyraźna. – Masz wątpliwości. Pewnie jak zawsze... mylę się?
Segno z innego świata potrząsnęła przecząco głową.
- Cała ta wyprawa mi się nie podobała, ale... – zawiesiła głos.
- Ale nie chciałaś puścić Nemi samego. Chciałaś być obok niego, prawda?
Kiwnęła głową, już jej nie dziwiło, że ta istota wiedziała.
- Ty też, prawda? – zapytała.
- Tak... tylko w tym świecie, jakoś wszystko złożyła się tak... nieszczęśliwie... dla mnie... dla niej, dla Nemi, chyba nie aż tak źle... bo przecież w końcu jest z nim.
Segno z innego świata, z tych urwanych słów potrafiła zrozumieć wiele. Tak bardzo chciałaby poznać historię swojego ja z tego wymiaru, ale w tej chwili nie był to najlepszy pomysł. Wychyliła się zza Smoka, któremu najwyraźniej żaden duch nie przeszkadzał, najnormalniej w świecie, wygrzewał się na słońcu. W końcu co gad to gad XD Lubi kąpiele słoneczne.
Nemi nadal mamrotał zaklęcie, ale już niedługo to potrwa.
- I co mam zrobić? Przecież on koniecznie chce odzyskać Shuu i w ogóle nie trafiają do niego argumenty, że to nie nasza Shuu.
- Zabierz mu ten naszyjnik. Jak rozumiem, bez niego nie zrobi tego, co zamierza. A potem... jak najszybciej postaraj się wrócić do swojego świata razem z nim.
- To tak, jakbyśmy przybyli tu na darmo.
- Niekoniecznie. Może dzięki tej podróży coś się zmieni. W waszym świecie, twoje życie... jeszcze go nie straciłaś i najprawdopodobniej nie ma tam żadnego Kyo?
- Kyo? Kyo... dowódca straży pałacowej, zdaje się tak właśnie miał na imię, a że to dość rzadkie imię... Pamiętam, że jego znakiem charakterystycznym były długie, kasztanowe włosy, zawsze splecione w warkocz.
- Mogę się założyć, że to on. Siwe włosy miał dopiero potem – mruknęła do siebie, marszcząc brwi i stając się niemal materialna.
- Czy on tutaj... – zaczęła Segno, ale nie dokończyła, gdy druga ona machnęła ręką zniecierpliwiona.
- Ważniejsze jest to, żebyś ty swoje życie lepiej poprowadziła niż ja tu. Masz szansę. Wróć z Nemi do domu, spróbujcie w dwójkę odbudować wasze państwo.
Segno z innego wymiaru spojrzała tęsknie w kierunku swojego zięcia.
- Myślisz, że coś z tego wyjdzie?
- Nie wiem, ale czasami po prostu trzeba zawalczyć. Pomyśl jak wiele możesz zyskać. Pomogę ci – szepnęła.
Zamieniła się w mgiełkę, która opadła na skałę i po jej powierzchni dotarła do niczego nie spodziewającego się Nemi.
---------------------------------------
Dobra :p macie questa!
W komentarzach proszę o pierwszą 5 lubianych postaci z SH :3
Fajnie by było jakbyście jeszcze rzucili uzasadnienie :P
Po 130 odcinkach XD należy mi się!
Komentuj (28) 21.02.2007 :: 17:17
131.
Gdzieś na schodach (powraca ulubieniec serii XD).
Tinwe wraz z Afro schodzili coraz niżej, zwiedzając pobieżnie po drodze mijane „zabytki” (_^_). Przeszli przez dom Ryb, gdzie od samego zapachu poupychanych gdzie się da różyczek, można by dostać zawrotów głowy. Dalej szybko minęli posiadłość Wodnika, ale właściciela owej posesji jakoś nie napotkali. Następnie przeszli przez dom Koziorożca, gdzie znaleźli słodko śpiącego, pijackim snem (czyli w bardzo wymyślnej pozycji xD) Shurę.
- A tu niegdyś stała jakaś rzeźba – mruknął Afro wskazując na dziwne podwyższenie na środku sali. – Rogacz był z niej baaaardzo dumny.
- I co się z nią stało? – zainteresowała się Tinwe.
- Pewno przepił – wzruszył ramionami Ryba i poszli.
Dalej na ich drodze stanął dom Strzelca. W środku przeraziła ich nieco pogrzebowa atmosfera. Wszędzie wisiały jakieś czarne szmaty, a z nieznanego źródła dochodziła mało optymistyczna muzyka.
- Jak mnie słuch nie myli to marsz pogrzebowy – stwierdził po chwili Afro.
- U niego tak zawsze? – zapytała Tinwe rozglądając się dookoła.
- Nie... on kiedyś był... chyba nawet najbardziej normalny z nas wszystkich – przyznał Ryba. – Fakt, że miał dwie życiowe wpadki, które traumowały go, ale żeby mu jakoś specjalnie odpierdalało... raczej nie...
Tinwe zastanowiła się po raz kolejny do jakiego to wariatkowa trafiła.
- A co do za wpadki? - zainteresowała się.
Afro przystanął, wziął świeczkę z jednego z wielu porozrzucanych po komnacie stolików i wskazał Elfce drogę przez wyjątkowo mroczne korytarze.
- Zanim jeszcze umarł, uratował Atenę – odpowiedział po chwili na jej pytanie. – Tego nikt nie potrafi mu wybaczyć, chociaż z drugiej strony, kto mógł wiedzieć, że z niej taka poje... khem taka wariatka wyrośnie. Saga twierdzi, że on wiedział, dlatego chciał pozbawić nas jej osoby, dopóki była bezbronna, ale co do tego mam wątpliwości.
- Umarł? – Tinwe zatrzymała się. – To on nie żyje?
- Żyje.
- Ale powiedziałeś, że umarł.
- No bo umarł.
- To jak do cholery może żyć skoro umarł?! – Tinwe straciła orientację w rozmowie.
Ryba zachichotał obleśnie (XD).
- Umarł, ale go ożywili, mnie zresztą też... I większą część goldów.
Elfka westchnęła.
- A mnie się wydawało, że ludzie żyją tylko raz.
- Taka jest teoria, w praktyce różnie bywa – stwierdził rozbawiony Afro.
- No dobra to jego pierwsza wpadka to uratowanie Ateny, a druga?
- Kiedyś, gdy jego braciszek był niemowlakiem, omsknął mu się i spadł... głową w dół... Od tego podobno taki przygłup... o cholera – Ryba zatrzymał się tak nagle, że Elfka wpadła na niego i wytrąciła z ręki świeczkę.
Świeczka uderzyła o posadzkę i poturlała się pod ścianę. Wiszące wszędzie czarne szmaty zajęły się ogniem.
Tinwe stała obok Afro i przypatrywała się ciekawej scence.
W komnacie otwierającej się tuż przed nimi klęczał na jakimś dywaniku Aiolos i co chwila uderzał czułkiem o podłogę.
- A ten co? Zmienił wyznanie? – mruknął Afro, gdy wreszcie odzyskał mowę.
Wtedy zauważył jarające się szmaty, szybko ściągnął je, wpuszczając tym samym nieco światła do domu Strzelca. Na szczęście udało mu się zdusić ogień, zanim rozprzestrzeniłby się za bardzo.
- Kto śmie przerywać moją medytację? – odezwał się Aiolos złowrogo.
- Słuchaj kucyk to nie jest śmieszne – rzucił w jego kierunku Afro. – Świeczki, szmaty? Chcesz się zjarać? I w ogóle co to za przedstawienie?!
- Aphrodite – Strzelec uniósł ręce do góry.
- O kurwa nie jest dobrze – Ryba cofnął się dwa kroki.
- Dlaczego? – zapytała zaciekawiona Tinwe.
- Powiedział Aphrodite.
- Tak masz na imię, prawda?
- Taaa, ale nikt tak do mnie nie mówi... miałem rację, UCIEKAJ!
W ich kierunku poszybował grad strzał. Na szczęście Rybie udało się odciągnąć Elfkę na bok za jakąś (a jakże, oto mój ulubieniec serii xD) kolumnę.
- Jak śmiesz przychodzić do tego świętego miejsca, ty poganinie!
- Poganinie? Kucyk co ty odpierdalasz?
- Milcz! Oświeciło mnie! Odnalazłem prawdziwe moje powołanie.
- No to kurwa pięknie, następny oświecony... mało było jak Shakę oświeciło i mu się wydawało, że słyszy głosy...
- I co teraz? – zapytała totalnie zdezorientowana Tinwe.
- Spadamy czym prędzej, bo nas uszkodzi.
Jak powiedział tak zrobili. W podskokach i robiąc uniki spierdalali czym prędzej XD
Kiedy wylecieli przed dom Strzelca rzucili się biegiem po schodach na dół i zatrzymali się dopiero przed domem Skorpiona.
Ze swej posiadłości wychylił się Milo.
- Co jest? – zapytał. – Biegać się zachciało?
- Widziałeś Aiolosa? – wydyszał Ryba. – Zupełnie mu odjebało.
- A taaak... widziałem... „oświeciło” go zaraz po tym, jak zobaczył kto przejął Złotą Zbroję Lwa – stwierdził, jakby znudzony Skorpion.
- Shion wie?
- Shion sam Ikkiego sprowadził.
- Pytam się czy wie, że kucykowi odpierdoliło?
- Hm... pewnie nie.
Ryba przejechał dłonią po twarzy w geście totalnej bezradności, po czym stwierdził:
- To ja mu powiem. Przecież gość jest niebezpieczny dla zdrowia i życia.
I Afro w poczuciu nowej, chwalebnej misji pognał w kierunku windy. Co innego przecież złazić po schodach w dół, a co innego wspinać się do góry, zresztą nie miał ochoty ponownie spotykać nawiedzonego Strzelca.
- I zostawił mnie... – stwierdziła Tinwe.
- Trudno – mruknął Milo.
- Zawsze jesteś taki uprzejmy czy tylko dla Elfek?
- A weź się odczep, ja tu wysycham z miłości... nie mam ani ochoty ani humoru być uprzejmy! – odwrócił się poszedł do domu, trzaskając przy tym jakimiś drzwiami.
- Jaki drażliwy – O_o Tinwe była nieco zszokowana wybuchem Skorpiona.
Zostawiona sama sobie Elfka postanowiła pozwiedzać jeszcze trochę. Przeszła przez dom Milo i zeszła niżej do siedziby Wagi.
Tam nie znalazła nikogo, ale co chwilę słyszała jakieś dziwne, przytłumione, jakby dochodzące spod podłogi, dźwięki. Nadstawiła swoje długie uszy i udała się w miejsce, gdzie jak jej się wydawało, hałas był najbardziej donośny. Przyjrzała się uważnie podłodze i szybko odkryła, że stoi na jakimś całkiem nieźle zakamuflowanym włazie. Nie zastanawiając się długo przyklękła przy nim i otworzyła...
Momentalnie wypłynęły stamtąd rzesze przedziwnych zwierzaków, wydających z siebie co najmniej dziwne odgłosy.
- MOJE POKOMONY!!!!!!!! – usłyszała ryk rozpaczy i zobaczyła biegnącego w jej kierunku Dohko, który próbował złapać uciekające stwory.
-------------------------------------------------
Dzięki wszystkim, którzy po moim marudzeniu albo też sami z siebie, raczyli byli się popisać :D
Małe wyjaśnienie na początek, liczyłam plusy i minusy osobno, więc postacie się powtarzają :P
Oto wyniki:
Największymi wymiataczami serii okazali się (w tle leci "we are the champions" XD):
1. Shuu - 7 głosów (hm... czyżby wazelinka? XD)
2. Feniu - 5 głosów (ewidentnie wazelinka XD)
3. z liczbą 4 głosów: Silene, Majris, Ultar, Mu i Zenek _^_
dalej z 3 głosami: Hekate, Hades i Kyo
z 2 głosami: Ajax, Shama i Miri, Sherr (psieplasiam! @@")
z 1: Raini, Wyrocznia, Winda, Rivir, Camus, Hyoga, Afro, Schody, Elia, Shaka, Vedzia, Ajakos, Saga i Kanon
No to teraz najlepsi od końca :P
The biggest sukers XD
Van i Saori po 6 głosów
Shama i Ajax po 5 głosów
Seiya 4 (tylko?! aż dziw XD)
Dalej po 3 głosy Miri i Kyo
po 2: Shion i Ares
po 1: Nemi (wersja męską XD), Radamantis, Ikki, Rivir, Hekate, Shaka i Mu.
Komentuj (23)