Minione Nadzieje
2008
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2007
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2006
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec






Inne światy:
by Raini
by Vedzia
by Amari
by Els
by Life&Death
by me ^^



Postacie:
czyli
~~LISTA PŁAC~~


Rycerzaści:
Aries - Shion
Aries - Mu
Taurus - Aldebaran
Gemini - Saga
Gemini - Kanon
Cancer - Death Mask
Leo - Aiolia
Virgo - Shaka
Libra - Dohko
Scorpio - Milo
Saggitarius - Aiolos
Capricorn - Shura
Aquarius - Camus
Pisces - Aphrodite

Bogowie:
Atena -_-
Hades *^^*
Hekate :P
Hera
Ares

Niegdysiejsze brązy:
Mhroczny Shiryu
Mroźny Hyoga
Ptasiek Ikki XD
Słodziasty Shun

Postacie poboczne:

*z Imperium:

Kyo - mistrz Nemi i Shuu
Van Panel - mistrz Vedzi
Majris - mistrzyni Silki
Ultar - mistrz Raini
Ajax - mistrzyni Kyo
Shama - mistrz Segno
Miri

*Czterej Kardynałowie
Ares
Xavier
Edziu
Set

*z Królestwa Gai
Sauri
Kouri
Rinou

*Amazonki
Kaori - królowa
i jej przyboczne:
Schedar
Segin
Achird

*Mhroczne Elfy
Neithir - książę
Tinwe - jego siostra
Eithen
Yngvan

*Przybysze z innego wymiaru
Lord Nemi XD
Lady Segno XD

Inne dziwne stwory:
Iluzoryczna Shuu *^^*
(publika szaleje)
Krwawa Silene
Różowa Vedzia alias Gaia
Zerojedynkowa Raini
Imperator Feniu
Powietrzna Nemi
Tęczowa Segno XD
Świstak Zenek lol
Czarny Smok Sherr
Jednorożec Elia
...i Tajemnicza Wyrocznia:P


jedyna i niepowtarzalna ofiara losu:
Pegaz - Seiya





różne inne wiadomości :P

kolory misji:
(od najłatwiejszej do najtrudniejszej)
zielona
ciemno-zielona
błękitna
granatowa
fioletowa
różowa
czerwona
czarna

hierarchia
Frędzelki żółte:
(żółtodzioby)
1 ranga
2 ranga
3 ranga
4 ranga
5 ranga -> przechodzi do mistrzów
Frędzelki czerwone:
(mistrzowie)
1 klasa
2 klasa
3 klasa




Kalendarium
Arachia 3 Luty
Silene 10 luty
Kaori 7 marzec
Raini 6 kwiecień
Sherr 30 kwiecień
Nemi 30 czerwiec
Segno 25 sierpień
Edziu 8 wrzesień
Vedzia 21 wrzesień
Elia 18 październik
Feniu 15 listopad
Tinwe 20 listopad

co by nie zapomnieć :P


Twórcze wizje
Silka, Vedzia i Shuu
Nemi, Segno, Ultar i Shama
Kouri i Sauri
Amazonki
Po prostu Mu XD
Mu ^^
Saga i Camus wersja by Shuu
Kyo ^^
Kyo :P
same kudły xD
Ultar^^
Mhroczna Elfka :3
Shama XD
Shama po raz 2
Majris
Afro w kultowej scenie _^_


PARKI *^^*
Vedzia i Milo
Raini i Bliźnie... pytanie które ;]
Sil i Camus
Tinwe i DM
*^^*
Don't go T.T


Twórcze wizje by Nemi
Kyo Shuu i Mu :P
KYO
Znowu Kyo
I jeszcze raz :)
ULTAR
Ultar once again ^^
Shamuś *.*
Lord Nemi XD
Lady Segno _^_
Dużo Ludu *^^*


01.05.2007 :: 00:50
140.
Bliżej nieokreślone miejsce. :P
- Spójrzcie kto wrócił! – krzyknęła jedna z siedzących naokoło ogniska kobiet.
Oślepiająco jasne światło wyraźnie mknęło w ich stronę. Wszystkie zerwały się na równe nogi.
- Ale jest sam – zauważyła z niepokojem inna.
Światło zatrzymało się tuż przed nimi i powoli materializowało się.
- Gdzie ona jest? – wystąpiła naprzód jedna z kobiet.
Odpowiedziało jej niecierpliwe parsknięcie.
- I oczywiście pamiętasz drogę, którą do nas przybyłeś?
Srebrne dotychczas światło wyraźniej poczerwieniało.
- Nie denerwuj się. Musimy mieć pewność. Moje panie – odwróciła się do pozostałych. – Na koń, wyruszamy niezwłocznie.

Świątynia Ateny.
Raini nie obudziła się ani nazajutrz ani następnego dnia. Bliźniaki czuwały przy niej na zmianę, ale Zerojedynkowa nawet się nie poruszyła.

Tymczasem w pokoju Kaori.
Amazonkom Aiakos sam wpadł w łapki i udało im się z powrotem zaciągnąć go do komnaty królowej.
- Tak się o Ciebie martwiłam – przypadła do niego Kaori.
- Niepotrzebnie – warknął Aiakos. – Dałbym sobie jakoś radę...
- No właśnie widziałam jak dawałeś sobie radę – przerwała mu Schedar, na którą wpadł przy okazji panicznej ucieczki przed smoko-podobnym pokemonem.
Aiakos poczerwieniał i przypominał uroczego, obrażonego buraka (XDD).
- Nadal nie wiem co ja tu robię i dlaczego przetrzymujecie mnie jak zakładnika?
- Jak zakładnika? – oniemiała i jednocześnie posmutniała Kaori. – Ależ to nie tak...
- Jak śmiesz?! – warknęła Segin. – Jej wysokość znalazła cię rannego na skale i postanowiła pomóc, a ty oskarżasz ją o przetrzymywanie? Możesz iść, choćby w tej chwili.
Kaori posłała jej błagalne spojrzenie, ale Amazonka udawała, że go nie dostrzega.
- Zajęłyśmy się tobą z troską, a ty nawet nie potrafisz podziękować.
- Ależ Segin, on może być w szoku pourazowym – próbowała wtrącić Kaori.
- Minimum dobrego wychowania powinien wykazać i tak! – rzuciła Schedar.
Aiakosowi zrobiło się nieco głupio. Co tu gadać wyszedł na niewdzięcznego buraka... jednak poważnie na nerwy działała mu znacząca przewaga niewiast w tym pokoju. Zastanowiło go też gdzie mogły go znaleźć, przecież ostatnie co pamiętał to powrót do domku. Wchodziło do siedziby sędziów i... tu wspomnienia się urywały... a co jeśli to jakaś większa afera? Jeżeli to kolejny podstęp Lucyfera i jego czarnoskrzydłej bandy? Tylko dlaczego znalazł się w świątyni Ateny... kawałki układanki wyraźnie nie pasowały do siebie. Miał mętlik w głowie... i smoki!!! Zadrżał na samo wspomnienie. Niewiele można było znaleźć słabych punktów Aiakosa... ale wszelkiego rodzaju istoty gadziego pochodzenia przyprawiały go o mdłości.. natomiast smoki wywoływały prawdziwą panikę!
- Nie wyrzucimy go – oświadczyła Kaori.
- Ale z całym szacunkiem Pani, zatrzymywać go też nie będziemy – stwierdziła Segin.
Zapanowała niezręczna cisza. Cztery Amazonki wpatrywały się w Aiakosa czekając na jego decyzję: zostaje czy odchodzi.
- Przepraszam – mruknął niewyraźnie, nie chciał przecież wyjść na ostatniego gbura.
Kaori rozpromieniła się niczym słoneczko.
- Zostaniesz z nami? – zapytała z nadzieją.
Aiakos kiwnął głową.
- Może zostanę na jakiś czas.
Kaori gotowa była odlecieć z radości, jedynie nieubłagana siła ciążenia trzymała ją na miejscu no i pewne onieśmielenie...
- A teraz, czy mogłybyście mnie zostawić ze swoją władczynią? Sam na sam?
Wszystkie trzy Amazonki tworzące straż przyboczną królowej niemal się zjeżyły.
- Chyba żartujesz! – ryknęła Schedar.
- Nie jesteś godzien, żeby okazać ci takie zaufanie – dodała Segin.
Achird pokiwała w milczeniu głową, w pełni zgadzając się z koleżankami.
- Schedar, Segin, Achird, proszę – w głosie Kaori znów zadźwięczał ten dość rzadki gość, a ostatnio jakoś często pobrzmiewając, ton nie znoszący sprzeciwu.
Amazonki spojrzały na królową z niedowierzaniem.
- Ależ pani... – próbowała przemówić jej do rozsądku Segin.
Kaori spojrzała na nią i nie usłyszała już ani słowa. Wyszły w ciszy. Zamknęły za sobą drzwi, ale nie miały zamiaru oddalać się od nich, jeśli tylko usłyszą jakiś niepokojący dźwięk, wpadną do środka bez ostrzeżenia.
- Chcesz ze mną porozmawiać – właściwie stwierdziła, a nie zapytała Kaori, gdy zostali już sami. – Chcesz o coś zapytać.
Królowa Amazonek usiadła obok niego na łóżko, na które rzuciły go jej przyboczne.
- Słucham więc.
- Gdzie mnie znalazłaś? Jak to się stało, że znalazłem się tutaj?
- Znalazłam cię na skałach, niedaleko stąd. Byłeś trochę poobijany, rany wyglądały na groźniejsze niż okazały w istocie. Chciałam ci pomóc, dlatego moje przyboczne przemyciły cię do mojej komnaty. Nic więcej mi o tobie nie wiadomo – powiedziała Kaori, a po chwili wahania dodała ciszej. – Nawet nie znam twojego imienia.
Aiakos przyglądał się jej. Dziwiło go trochę, że taka delikatna i jakby zupełnie pozbawiona autorytetu osoba mogła zajmować pozycję władcy... ale coś w jej postaci było, co przykuwało wzrok, co sprawiało, że chciało się jej zaufać. Nie na co dzień spotykał takie istoty i zanim zdążył pomyśleć, odpowiedział:
- Aiakos.
Oczy Kaori rozszerzyły się ze zdziwienia.
- Aiakos? Znam to imię! Czy nie jesteś jednym z.... – nie dokończyła, bo sędzia zakrył jej dłonią usta.
- Lepiej, żebyś nie kończyła tego zdania - mruknął.
Kaori kiwnęła głową i oswabadzając się z jego rąk zapytała:
- Nie wiesz dlaczego się tutaj znalazłeś?
Pokręcił głową.
- Ostatnie wspomnienie, przed ocknięciem się tutaj, to powrót do domu i jakiś smok... – zadrżał słysząc samo to słowo. – Ale powinienem niedługo wracać.
- Nie – podniosła się z łóżka królowa. – Powinieneś odpocząć! Prawie spadłeś w przepaść! A poza tym wciąż bredzisz o smokach. Może doznałeś jakiegoś szoku, częściowa utrata pamięci? Czasami tak się zdarza!
Aiakos uśmiechnął się, a Kaori niemal rozpłynęła się.
- Nie mogę tu zostać za długo – odparł wstając i podchodząc do okna.
Stał przez chwilę z boku i obserwował jak Afro próbuje złapać jakiegoś żółtego stworka biegającego z jego czerwonymi ogrodniczkami niczym z welonem na głowie. Stworek co jakiś czas zamieniał się w żywy piorun i raził Rybę prądem, ale ten był twardy a nie mietki i nie dawał za wygraną.
- Widzisz – powiedział po chwili, zwracając się twarzą do Kaori. – Nie sądzę, żeby ta banda blacharzy była zbyt zadowolona z mojej obecności.
- Nie muszą o niczym wiedzieć – uśmiechnęła się w odpowiedzi. – Już my się o to postaramy.
Aiakos patrzył na nią przez dłuższą chwilę i coraz bardziej podobał mu się pomysł zostania tutaj trochę dłużej.
- Powiedz – zagadnął znów. – Jakim cudem Amazonki znalazły się w świątyni Ateny?
- To nie taka prosta odpowiedź.
- Mnie się nigdzie nie spieszy – stwierdził i z powrotem usiadł na łóżku.
Kaori rozanielona do granic przyzwoitości dosiadła się do niego (zachowując stosowną odległość, która jednak w trakcie jej opowieści powoli zaczęła się zmniejszać :]]]).

W pokoju Silene.
Jakimś cudem udało się im przemycić zawiniętego w prześcieradło Anioła nie zwracając niczyjej (no prawie niczyjej) uwagi.
- I co teraz? – zapytał Camus rzucając przyniesione zawiniątko na podłogę.
Silene przyklękła przy nim i zaczęła odwijać.
- Chyba jeszcze trochę żyje – stwierdziła.
- Skoro oddycha...
Silene rzuciła mu zimne spojrzenie.
- Dlatego mówię, że jeszcze trochę żyje.
Wodnik wzruszył ramionami.
- Po co nam właściwie ten dziwak?
Wampirzyca uśmiechnęła się do siebie przy okazji dokładnie oglądając co też właściwie trafiło do jej komnaty.
- Widzisz, spadło sobie i leżało na ziemi, niczyje. Aż żal żeby się zmarnowało.
Camusowi szczęka opadła.
- A co masz z tym CZYMŚ zamiar zrobić?
- Cierpliwości kochany... jeszcze się okaże do czego to pierzaste coś nam się przyda – stwierdziła, a przebiegły uśmiech nie schodził jej z twarzy.
Wodnik machnął na to wszystko ręką.
- Rób sobie jak chcesz, ja jestem głodny, idę jeść – oznajmił i nie doczekawszy się żadnej odpowiedzi wyszedł.
Silene skończyła oględziny znaleziska i musiała przyznać, że po raz pierwszy spotkała się z takim stworem. Nigdy nie miała „przyjemności” oglądać prawdziwego anioła, a ten tutaj wydawał się właśnie tego typu okazem. Skrzydło było prawdziwe, a nie przymocowaną do pleców atrapą. Z drugiej strony ciekawe dlaczego stwór miał zjarane niema całkowicie drugie skrzydło?
Nagle Anioł jęknął i poruszył się. Silene rozejrzała się po pokoju za czymś, czym można by związać gościa, ale mimo że ciemności w niczym jej nie przeszkadzały, nie znalazła niczego sznuro-podobnego.
Wzięła więc prześcieradło, w które był zawinięty, przyciągnęła odzyskującego przytomność upadłego (_^_) do łóżka, związała mu ręce na plecach i przywiązała do nogi wielkiego, z całą pewnością ciężkiego, łoża. Nie żeby bała się ataku ze strony skrzydlatego, ale po co miałaby się męczyć walką, jeżeli sprawy można załatwić w wygodniejszy sposób.
Anioł po kilku minutach faktycznie rozbudził się i pojękując cicho zaczął rozglądać się po pomieszczeniu.
Na początku niewiele dostrzegał. Było ciemno, noc zapadła, a nikt nie zatroszczył się żeby włączyć światło. Silene nie potrzebowała go specjalnie, widziała przecież doskonale.
Dopiero po dłuższej chwili Anioł dostrzegł zarys siedzącej na podłodze postacie.
- Eeee – zaczął. – Gdzie ja jestem?
- W niewoli – odpowiedział mu kobiecy głos.
Faktycznie był związany (szybko się zorientował XD).
- A dlaczego?
- Spadłeś na obce terytorium nic dziwnego, że dostałeś się do niewoli.
Silene dostrzegła, że Anioł otworzył szerzej oczy.
- O cholera – zaklął zanim zdążył ugryźć się w język. – Trafiłem do niewoli w Imperium!
- Ciszej – wampirzyca zaczęła się zbliżać do niego. – Nie chcesz, żeby ktoś cię usłyszał.
- Nie wiem, czy nie chce... – próbował udawać kozaka.
Silene zachichotała była już bardzo blisko. Centymetry dzieliły ich ciała od siebie. Aniołowi zrobiło się dziwnie gorąco. Poczuł jej dłoń na swojej szyi.
- Nigdy nie próbowałam Anioła... – szepnęła mu do ucha.
Nagle drzwi otworzyły się z impetem, a w oślepiającym świetle dochodzącym z korytarza pojawiła się męska sylwetka.
- A jeśli będzie dla ciebie trujący? – zapytał Camus zamykając za sobą drzwi i włączając światło.
Silene odsunęła się od gościa, przechyliła głowę na bok i ukazała w szerokim uśmiechu swoje ostre ząbki.
- Może i masz rację. Nawet moja matka nie próbowała Anioła.
- Skąd ta pewność?
- No przecież na pewno by mi powiedziała.
- P... p... próbować? Ale jak próbować? – odezwał się wreszcie Anioł wlepiając oczy w przepiękną kobietę właśnie podnoszącą się z podłogi.
- Morda – rzucił Camus. – O zdanie nikt cię nie pytał.
Silene podeszła do Wodnika. Okrążyła go i stanęła tu przy nim, patrząc w oczy gościowi, gładziła ramię Camusa.
- Jeśli tak jesteś spragniona krwi, to chodźmy na polowanie – mruknął Gold.
- A co ze mną? – przypomniał o sobie Anioł (idiota XD).
Camus uśmiechnął się, lekko machnął dłonią i usta skrzydlatego w jednej chwili przymarzły do siebie.
- Sprytnie – zachichotała Silene.
Wodnik objął ją ramieniem i wyszli.
- Szybko coś się najadłeś – zauważyła wampirzyca.
Camus jedynie prychnął.
- Nadal nie bardzo rozumiem po co ci on.
- Spokojnie... jeszcze może się przydać.
Gold westchnął... nie ma bata na kobiece wymysły.

Anioł tymczasem bezskutecznie próbował coś powiedzieć, ale usta były jak martwe.
Nagle przez otwarte do pokoju wpadł przeciągły gwizd, a do związanego podszedł jakiś mężczyzna. Szybko przeszukał Anioła i wyciągnął odnaleziony, lekko nadpalony list.
- Dzięki skarbie – szepnął w stronę drzwi. – Ale prąd należy oszczędzać.
Mężczyzna machnął ręką i światła na powrót zgasły.
- A tobie – zwrócił się do Anioła. – Radziłbym słuchać tego, co ona powie.
Rozległ się kolejny gwizd i zjarany skrzydlaty znów został w pokoju sam.
Nie bardzo rozumiał co się wokół niego działo, ale jednego był pewien. Ten facet właśnie zabrał list z Piekieł, który miał jak najszybciej trafić do Nieba...

Gdzieś tam w lesie.
Sherr ocknęła się i rozejrzała. Wkoło było ciemno. Zaraz gdzie ona do cholery się znajdowała???
Powoli wracały wszystkie wspomnienia ostatnich dni. Szalone wspomnienia smoka, ale teraz miała już wrócić do własnej postaci.
Spróbowała się podnieść i zaryła głową w jakąś gałąź.
- NO NIE!!!! – wydarła się. – JA NADAL JESTEM SMOKIEM!!!!
Gdzieś niedaleko usłyszała rżenie i po chwili podbiegła do niej Elia, też w postaci Jednorożca.
- Co ty powiesz? – mruknęła coś przeżuwając.
- Nie fajnie... miałyśmy wrócić do swoich postaci. Chociaż – zawahała się zamachała skrzydłami i lekko uniosła się nad ziemią. – Lata mi się całkiem dobrze.
- Ty to chociaż latać możesz, a ja to co? – Elia walnęła tylnym kopytkiem w drzewo, aż się zatrzęsło, a róg na jej głowie zajaśniał delikatnym blaskiem.
- A ty świecisz – stwierdziła Sherr wpatrując się w jej róg jak zaczarowana.
- Przecudownie... ty latasz, a ja działam jak latarka...
Niedaleko usłyszały szelest, jakby coś szło w ich stronę.
- Szybko wyłącz to światło – poleciła Sherr.
- To mi powiedz jak!
- Nie mam pojęcia, schowaj gdzieś ten róg!
- Ktoś tu jest – obie usłyszały męski głos, bardzo blisko siebie.
Na chowanie się było już za późno.


--------------------------------------------
Spóźnione wszystkiego najlepszego dla Sherr ^^

Komentuj (17)


03.05.2007 :: 00:08
141.
- No to mamy problem – stwierdziła nieco sparaliżowana strachem Sherr.
Elia zwróciła łeb, a tym samym i światło, w stronę z której dochodził ledwie dosłyszalny odgłos kroków i ku najwyższemu zdziwieniu obu, w delikatnym świetle ukazało się dwóch mężczyzn i dziewczyna.
- Konik – ucieszyła się Arachia i rzuciła na szyję Elii.
- Jednorożec – poprawił ją Neithir.
- I smok – dorzucił zdziwiony Yngvan. – Urodzaj na dziwadła?
- Elf się odezwał – mruknęła obrażona Sherr.
Arachia odkleiła się od na wpół uduszonej Elii i podeszła do smoka.
- Mówi... smok mówi...
Sherr zamrugała ślepiami zdziwiona.
- To ty mnie słyszysz?
- Nikt inny nas nie słyszał – zauważyła Elia łapczywie łapiąc oddech.
- Trudno, żeby Elfy was nie słyszały – mruknął Yngvan z krzywym uśmiechem. – Drzecie mordę, że aż miło.
Sherr przyglądała się wpatrzonej w nią Arachii.
- Ale ta mi na Elfa nie wygląda.
- Bo ja jestem niezwykła! Ha!
- Wiesz... – Sherr przekrzywiła łeb. – Będąc w towarzystwie Elfów, Jednorożca i Smoka to niespecjalnie się wyróżniasz.
Arachia zrobiła obrażoną minę i wróciła do głaskania białej sierści Elii.
- Mam dziwne wrażenie – mruknął Yngvan i zdjął z głowy kaptur, a złote oczy zabłysły wewnętrznym światłem (kolejna latarka XD). – Jakbyście wcale nie były tym, na co wyglądacie...
Sherr i Elia wymieniły porozumiewawcze spojrzenia. Może wreszcie znalazł się ktoś, kto uwolni je z tych zwierzęcych postaci?
Yngvan podszedł bliżej.
- Co masz na myśli? – zainteresował się Neithir.
- Materialnie wszystko się zgadza – stwierdził Yngvan macając łuskowatą skórę Sherr.
- Precz z łapami! – ryknęła Sherr, jakoś dotyk jego rąk nie spodobał się naszej ulubionej Smoczycy :3
- Taaa... materialnie jest w porządku... ale nie masz duszy smoka – mruknął jakby do siebie Elf. – Jesteś człowiek zamienionym w smoka... ale to magia, której nie znam.
Neithir gwizdnął z wrażenia.
- To istnieje taka?
Yngvan posłał mu mordercze spojrzenia.
- Znasz czy nie znasz, to akurat najmniej nas interesuje – Sherr wolała przejść do rzeczy. – Pytanie, czy umiałbyś zdjąć z nas to zaklęcie?
Złotooki Elf długo wpatrywał się w ślepia smoka, w końcu uśmiechnął się i stwierdził:
- Spróbować zawsze mogę.
- Chwila – ostudziła rodzący się zapał Smoczycy Elia. – A dajesz gwarancję?
- Na co?
- Na to, że nie dojdą nam po twoich zabiegach jakieś inne mutacje. Bo wiesz teraz to przynajmniej ładnie wyglądam, a jak mi nagle urośnie dodatkowa noga czy ucho na zadzie, to już nie będzie wesoło – zauważyła.
- Chcecie wrócić do swojej ludzkiej postaci?
I nagle obie i Sherr i Elia zaczęły poważnie się zastanawiać, czy faktycznie chcą wracać do swoich zwykłych, w niczym nie odróżniających się od innych ludzi, postaci.
- Może mogłabym grać w filmach – rozmarzyła się Sherr.
Przez chwilę Elii też przebiegła przez myśl taka perspektywa, ale zaraz otrząsnęła się.
- Prędzej zgarnęli by nas do jakiegoś laboratorium, nakłuwali igiełkami i potraktowali chemią... – mruknęła wracając do brutalnej rzeczywistości.
Sherr westchnęła ciężko, już przyzwyczaiła się do swoich zdolności lotniczych.
- Co on chce zrobić? – zwróciła się Arachia do stojącego z boku Neithira.
- To jest świetne pytanie. Ja tam nigdy nie wiem, co on tak naprawdę zamierza – odpowiedział książę.
Yngvan czekał cierpliwie, aż dziewczęta podejmą decyzję. Właściwie nie miał pojęcia, czy jest w ogóle wstanie coś zdziałać przeciwko takiej magii. Zadziwiające... myślał, że o magii wie już wszystko, a jednak spotkała go niespodzianka.
„Magia słońca” – podpowiadała mu nieustannie intuicja, nieomylna, jak zawsze.
Kiedy dotknął Smoczycy, wyraźnie dostrzegł tarczę słoneczną. Nie pozostawiało to już żadnych wątpliwości, magia ta musiała mieć związek ze słońcem. Ale była to siła nieznana, w pewnym sensie boska, ale takiego boga świat nie znał...
Wciągnęła go ta zagadka, przeszukiwał zakamarki pamięci w poszukiwaniu choć śladu takiego wrażenia, jakie wywarła na nim wizja tarczy słonecznej... daremnie.
- Chyba jednak chcemy wrócić do ludzkiej postaci – z zamyślenia wyrwał go głos Jednorożca.
- Jesteście pewne? Obie?
Skinęły niechętnie głowami, co nie umknęło uwadze Yngvana. Na jego twarzy zakwitł tajemniczy uśmiech. Dostrzegł to z kolei Neithira, ale postanowił się nie wtrącać. Magia nie była tym czym interesował się najbardziej. Zresztą wciąż nie dostał wiadomości od innych Elfów co do zaginionej siostry... i to martwiło go najbardziej. Znikła, przepadła...
Yngvan tymczasem namyślał się, z której strony by ugryźć to zaklęcie (XD). Wreszcie doszedł do wniosku, że najlepiej poczekać do chwili, gdy księżyc wzniesie się najwyżej nad horyzont. Księżyc jako przeciwwaga dla słońca i jedno z głównych źródeł jego siły... pomysł miał pewne szanse powodzenia.
- Musimy wyjść na jakąś polanę – oznajmił.
- Po co? – zdziwiła się Sherr.
- Żeby promieni księżyca nie zasłaniało żadne drzewo – łaskawie wyjaśnił. – Jeżeli moja magia z pomocą księżycowej wam nie pomoże, to nic i nikt, oprócz tego kto rzucił to zaklęcie, nie jest wstanie was uwolnić.
Elia spojrzała na Sherr, Sherr na Elię.
- No dobra. To chodźmy – powiedziała wreszcie Sherr.
- Mam tylko nadzieję, że wiesz co robisz – dorzuciła Elia.
- Ja też – poparł je Neithir, mówiąc to jednak na tyle cicho, że usłyszała to jedynie stojąca obok Arachia. – Może nie powinniśmy z nimi iść – zwrócił się po chwili właśnie do niej.
- Ale – zaczęła dziewczyna.
- On ma racje, to może być niebezpieczne dla osób postronnych – poparł go Yngvan.
Arachia westchnęła ciężko, ale została z Neithirem, patrząc jak delikatne światło rogu Jednorożca powoli oddala się i niknie wśród drzew.
- Szkoda – mruknęła. – Fajny konik.



Komentuj (11)


05.05.2007 :: 00:53
142.
- Wiesz co smoczyco? – zagadnął Yngvan.
- Daruj sobie smoczyce, jestem Sherr – mruknęła przygnębiona, przeciskając się miedzy drzewami i naginając je niemiłosiernie.
- A ja Elia – skorzystała z okazji i przestawiła się również nasza biała klacz (XD).
- Zastanawiałem się właśnie, czy nie lepiej by było gdybyś pofrunęła górą, zamiast maltretować te drzewka, Sherr...
- A powiedz mi jak mam rozwinąć skrzydła, nie krzywdząc twoich drzewek – warknęła. – Poza tym przyzwoitość nakazuje przedstawić się, skoro my się przedstawiłyśmy!
- No nie wiem – złoto oczu Yngvana znów zaświeciło w mroku. – Jak coś mi się nie uda, to zaczniesz mnie ścigać, a nie znając mojego imienia będzie ci trudniej, o ile oczywiście przeżyjesz.
Sherr zatrzymała się i chwilę analizowała, co powiedział.
- Mam nadzieję, że to był żart...
- Tam jest polana – stwierdziła Elia wskazując rogiem przed siebie i rozwiewając nieco gęstniejącą atmosferę.
Wreszcie wyleźli na zalaną promieniami księżyca polanką. Niebo było bezchmurne.
- Jak na życzenie – stwierdził wciąż uśmiechając się tajemniczo Yngvan.
- Ja powoli odnoszę wrażenie, że to jakiś świr – zwróciła się Sherr do Elii.
- Możliwe... albo tak też zachowują się Elfy. Nigdy żadnego nie znałam, więc może to u nich normalne.
- Myślisz?
- Tak czy siak nikt inny nas przedtem nie usłyszał... może jest nadzieja...
- Ja to mam tylko nadzieję, że gorzej nie będzie – westchnęła Sherr.
- Moje panie – zwrócił się do nich Yngvan. – Myślę, że pora zaczynać.

Zadymiony pokój.
Ktoś próbował wejść do pomieszczenie, ale drzwi były zamknięte od środka. Po chwili ów ktoś przestał dobijać się do drzwi, a w pokoju dało się słyszeć świst i tuż obok łóżka zmaterializował się Rivir.
- Chyba nie sądziłaś, że zamknięte drzwi stanowią dla mnie przeszkodę? – zapytał rozbawiony.
- Nie, ale może nauczysz się kiedyś pukać – dosłyszał odpowiedź.
- Naprawdę w to wierzysz? – mruknął i przekrzywił głowę. – A co ty właściwie robisz, jeśli wolno spytać?
Wyrocznia leżała na łóżku... w każdym razie w części leżała. Głowę miała na podłodze, tyłek na łóżku, a nogi na ścianie.
- Jogę ćwiczysz? – roześmiał się Rivir i uwalił obok niej.
- A jak twoim zdaniem powinna nazywać się taka pozycja?
- „Spadłam z łóżka i nie chciało mi się podnieść”?
Usłyszał ciche prychnięcie od strony podłogi.
- To skoro jesteś taki przenikliwy jak denaturat to byś mnie podniósł.
- Heh... gdzie te czasy, kiedy mówiono proszę... – westchnął teatralnie, ale już podnosił Wyrocznię i sadzał w pozycji bardziej ludzkiej. – A propo denaturatu, zostało jeszcze trochę?
- Nie – wyszczerzyła się Wyrocznia i wygodnie umościła między poduszkami.
- Żartujesz? – zdębiał Rivir. – Nie dalej jak w zeszłym tygodniu przytachałem z 5 litrów.
- No wiesz... miałam dużo roboty – ziewnęła. – A po coś przylazł w ogóle?
- Zejdziesz na marskość wątroby, ja ci to mówię.
- Byłoby łatwiej, gdybym jeszcze miała wątrobę – uśmiechnęła się. – To co z niej zostało, to już wątrobą nie można nazwać.
- A mówiłem, że są bezpieczniejsze dla zdrowia zawody?
- Ale który jest taki zabawny? Ma tak elastyczne godziny pracy, tyle kasy się zarabia i...
- Dobra, dobra. Feniu wraca.
- Co??????? – Wyrocznia zerwała się z wyrka i stanęła nad Rivirem. – I teraz mi o tym mówisz?! Bawisz się w głupawe gadki, a ten gad wrócił do gry?!
Złapał ją za rękę i pociągnął z powrotem na łóżko, uśmiechając się przy tym przebiegle.
- Wiedziałem, że tego nie widziałaś.
- Są do cholery pewne ograniczenia – warknęła. – Musimy coś zrobić!
- Spokojnie – przytrzymał ją na miejscu. – On nie ma dokąd wrócić... a siły sprzymierzone bardzo chętnie się nim zajmą...
- Chcesz, żebym teraz czekała? Po prostu czekała? Zwariowałeś?!
- A co chcesz zrobić? Ujawnić się? Teraz?
- No, ale on już jest prawie skończony.
- Właśnie, prawie. Kobieto wymyśliłaś genialny plan, a teraz chcesz go zniszczyć. Nie możesz go niedoceniać.
- Muszę mu spojrzeć w oczy, rozumiesz? – Wyrocznia złapała Rivira za szmaty i potrząsnęła. – Muszę na sam koniec powiedzieć, że to ja.
- Mściwe i żądne krwi babsko – szepnął, delikatnie uwalniając się od niej wstał. – To ja pójdę po ten denaturat. Chcesz coś jeszcze?
- Keczup się skończył – mruknęła zawijając się w kocyk.
Rivir pokręcił głową, przekręcił zamek w drzwiach i wyszedł.

Słońce powoli wstawało w Grecji.
Na polanie, na której tej nocy działy się różne dziwa, a dochodzące stamtąd odgłosy mogłyby nieźle wystraszyć kogoś, kto tamtędy by przechodził. Na szczęście w okolicy nie było nikogo, poza Neithirem i Arachią. Przysłuchiwali się z niepokojem tym dzikim wrzaskom. Wreszcie tuż przed świtem, zrobiło się cicho. Spojrzeli na siebie z jeszcze większym przerażeniem i postanowili pójść zobaczyć efekt nocnej pracy Yngvana.
Akurat, gdy dotarli do polany, słońce uniosło się na tyle wysoko, żeby jego promienie mogły objąć dwa leżące na trawie ciała i na ich oczach Smok i Jednorożec zmieniły się w dwie dziewczyny.
Nieopodal nich siedział Yngvan.
- Coś ty im zrobił – dobiegł do niego Neithir.
- A co, nie widać?
- Czy one nie żyją? – zapytała Arachia.
- Skąd, śpią.
Neithir spojrzał jeszcze raz na dziewczyny i gwizdnął z podziwem.
- Czyli jednak ci się udało – podsumował i poklepał przyjaciela po ramieniu.
Ten jednak po prostu obalił się jak długi w trawie.
- Trochę delikatności. Jestem wyczerpany – mruknął, mrużąc oczy przed ostrym światłem słońca. - Zresztą nie do końca mi się udało.
- To znaczy?
- Dobre pytanie... sam nie wiem, ale na pewno nie udało mi się w stu procentach.
- Wyglądają normalnie – stwierdziła siedząca przy Sherr Arachia.
- Co ty jej robisz? – zdziwił się Neithir.
- Zaplatam warkoczyki – roześmiała się dziewczyna.
- Powinnaś się przespać – poradził. – Ty też nie spałaś całą noc.
Arachia kiwnęła głową i uwaliła się w miejscu, w którym siedziała.
Neithir pokręcił głową i usiadł obok padniętego Yngvana.
- Leżenie na samym środku polany nie sprzyja kamuflażowi – mruknął do niego.
- Tak? A spróbuj mnie tylko ruszyć – wymamrotał prawie już zasypiający Elf.
- Powiedz mi tylko po co to zrobiłeś? Nigdy ci się nie paliło do pomagania innym.
- Bo to było wyzwanie – usłyszał jeszcze odpowiedź i po chwili Yngvan już spał.



-------------------------------------------------
Polecam waszej szanownej uwadze dział z Twórczymi Wizjami :P mały update tam nastąpił

Komentuj (11)


24.05.2007 :: 20:20
143.
Hotel Ateny XD
Do kuchni wpadł DM i zastał Aldebarana w najlepsze smażącego byczą porcję jajecznicy.
- Gdzie Shion? – ryknął od progu skorupiak.
Byczek aż podskoczył i ledwo uratował szybującą pod sufitem patelnię od upadku na podłogę. Posłał przybyszowi mordercze spojrzenie i warknął:
- Musisz porządnych ludzi straszyć?
Po czym odwrócił się z patelnią do kuchenki.
- Pytam gdzie Shion?
- A co ja niańka jestem? Szlaja się pewnie.
- Ale obleciałem całą świątynię i chyba wszystkie burdele, monopole i inne speluny w okolicy.
Aldebaran zdjął patelnię z ognia i odwrócił się do DM.
- No to faktycznie... – zastanowił się. – A „U Wróżki Semiry”?
- Byłem, nie widziały go od prawie miesiąca.
- „Kolorowe dziewczynki”? „Kankan do białego rana”? „Moulin Rouge”?
- Noooo... chyba już wszędzie byłem – DM usiadł zmęczony na taborecie i spojrzał łakomie na patelnię.
Alde zauważył jego wygłodniały wzrok.
- Chcesz trochę? – zapytał dobrodusznie.
- Ba! Pytanie!
Byk westchnął ciężko, ale wrzucił na talerz trochę jajecznicy i postawił przed skorupiakiem.
- No to smacznego.
- A ty gdzie? – zdziwił się DM widząc, że Alde wychodzi.
- Eeee zjeść na świeżym powietrzu – spalił cegłę Byczek i pognał ciężkim galopem przed siebie.
- Jasne – uśmiechnął się do siebie DM znad talerza. – Ale to nie moja sprawa.
- GDZIE SHION???!!! – do kuchni wpadł Afro, a DM niemal udławił się jajecznicą.
Krztusząc się walił pięścią w stół. Ryba spojrzał na niego, zamrugał i jak walnął w plecy... tak Raczek wylądował mordą w jajecznicy, ale chociaż się nie udusił.
- Znalazłeś go? – zapytał, gdy DM ocierał twarz z resztek śniadania.
- A widzisz go tu gdzieś? – warknął.
- No nie...
- Czyli nie znalazłem!
- Ja pierdolę, nie jest dobrze. Nigdzie go nie można dorwać.
- Ale właściwie co ci się tak spieszy?
- Przecież mówiłem ci, że nasz mustang zmienił wyznanie.
- Taa wiem, wielka mi rzecz. Shaka zawsze miał odchyły religijne.
- Ale nie aż takie. Rankiem przekradłem się do Aiolosa i co widzę? On przebudowuje sobie domek.
- Wolny kraj, jak ma ochotę...
- Co znaczy wolny kraj? – wpienił się Ryba. – Było powiedziane, że domy mają zostać jakie je dostaliśmy... od zewnątrz bo w środku to już wiesz...
- No fakt, kiedyś nam to Shion wbijał do łba, głównie dlatego, że chciałeś z kolumn zrobić różyczki.
- Mniejsza o to – Ryba spłonął rumieńcem. – Wiesz co chodź ze mną... lepiej będzie jak to zobaczysz.

Ryba zaciągnął DMa do windy i zjechali do domu Koziorożca.
Wyleźli z posesji Shury i zeszli nieco w dół, aż wyłoniła się dziwna konstrukcja.
DM wytrzeszczył oczy.
- To mi coś przypomina – poskrobał się po czuprynie.
- Zapewne meczet – usłyszeli głos, a po chwili zobaczyli i właściciela głosu.
Shura szedł po schodach do góry niosąc pod pachą jakieś szamoczące się stworzenie.
- Od kiedy polujesz na pokemony? – zachichotał Ryba.
Koziorożec posłał mu mordercze spojrzenie.
- Ten gnojek podgryzał mi zbroję.
Pokemon zastrzygł uchem i kopnął Koziorożca w żebro.
- Widzicie nadal podskakuje – mruknął.
Nagle słońce przesłonił wielki cień. Wszyscy trzej spojrzeli w górę i zobaczyli przelatującego nad nimi innego pokemona.
- Wiecie, jednak mam nadzieję, że on te stwory szybko złapie – westchnął Shura.
- I co chcesz mu pomóc? – zdziwił się DM.
- Jak jeszcze który mi się do zbroi dobierze to pozabijam, a nie łapać będę.
Ryba trącił skorupiaka.
- Patrzcie - wskazał na pobliskie wzgórze.
Ujrzeli Dohko ganiającego z siatką z tesco (XD tesco rox xD) za motylo podobnym pokemonem. Cała trójka ryknęła śmiechem.
- Dobra panowie, ale ten tam w dole – przypomniał Afro.
- Jak dla mnie to on se może u siebie robić co chce – wzruszył ramionami Shura. – Dopóki świętej wojny nie ogłosi...
- Co? – zdziwił się DM.
- Eh... – pokręcił głową nad poziomem wiedzy ogólnej kolegi Koziorożec. – Główne punkty jego obecnej religii, modlić się i takie tam, plus święta wojna z poganami.
- Czyli, że niby z nami? – wolał się upewnić Rak.
- No raczej.
- A gdzie wolność wyznania?
Afro wzruszył ramionami.
- Dlatego chciałem pogadać z Shionem o tym problemie, ale generalnie nie mogę go znaleźć.
- Shion? Pewno siedzi gdzieś w krzakach i obserwuje świątynię Gai – oświadczył Shura.
Spojrzeli na niego z niedowierzaniem.
- No co? Truł mi żebym z nim poszedł, ale byłem zbyt pijany to pewnie poszedł sam.
- A wróci?
- Może na obiad. Jak go tak potrzebujesz to waruj przy kuchni – wyszczerzył się złośliwie Shura i ruszył w górę.
DM wzruszył ramionami i pognał za Koziorożcem.
- Stary, a masz może coś na stanie? – zapytał z nadzieją.
- Nie – warknął krótko Shura.
- Co znaczy nie? – DM prawie spadł ze schodów. – Wstąpiłeś do AA czy co?
- Nie, ale od wczoraj nie piję.
- No to szalenie długo – stwierdził doganiający ich Afro.
Shura spiorunował go wzrokiem.
- Każdy dzień jest zwycięstwem – mruknął.
- Jak tam wolisz stary – westchnął DM. – Ale piwo w lodówce mógłbyś mieć.
- Se kup – warknął Shura tracąc cierpliwość.
Resztę drogi milczeli, a w domu Koziorożca Afro i DM wsiedli w windę i pojechali na sam szczyt. Afro w celu warowania przed kuchnią, DM w nadziei, że kogoś spotka. XD




-----------------------------------------------

Coś dawno nie było zapychaczy serii :P

Komentuj (7)


27.05.2007 :: 19:32
144.
Hera wróciła do świątyni Ateny. Jakaś złośliwa radość promieniowała od niej i to na odległość. Zanim jeszcze wkroczyła w progi nowiuśkiego budynku zamienionego w hotel, wyczaiła ją z okna jedna z Amazonek, pełniąca wartę i czym prędzej popędziła krętymi korytarzami do komnat królowej. Stojącej przed drzwiami Segin powiedziała, że to bardzo ważna sprawa i wpadła do środka bez pukania.
- Pani – schyliła się w ukłonie. – Hera wróciła – oznajmiła krótko.
Kaori i Aiakos niemal równocześnie zerwali się ze swoich miejsc.
- Hera?!
Amazonka łypnęła okiem na intruza, ale odpowiedziała spokojnie:
- Tak. Wydaje się zadowolona.
- Dziękuję – szepnęła Kaori.
Amazonka ukłoniła się i wyszła. W drzwiach stanęła Segin.
- Pani?
- Nie może mnie tu zobaczyć – stwierdził Aiakos, który generalnie miał na pieńku chyba ze wszystkimi bogami poza Hadesem i Dionizosem (XD), a poza tym źle się czuł na obcym (babskim) terenie.
Kaori spojrzała na niego i skinęła powoli głową.
- Mam postarać się go gdzieś ukryć? – zapytała Segin.
- Tylko dyskretnie – upomniała królowa.
- Zgaduję, że tej strażniczce, która tu przed chwilą wpadła też mam nakazać milczenie... co do istnienia jego osoby?
Kaori uśmiechnęła się z wdzięcznością i westchnęła.
- Jeżeli Hera wróciła i wydaje się zadowolona to ja już mam złe przeczucia. Na pewno mnie wezwie.
Segin spojrzała ze współczuciem na królową.
- Chodź – mruknęła do Aiakosa i wyszli.
Po drodze zahaczyli o pokój obok. Segin zdała relację Achird z tego co usłyszała.
- Muszę go gdzieś schować – stwierdziłam, łypiąc z pode łba na sędziego. – Stań przy drzwiach Kaori, zupełnie bez obstawy nie możemy jej zostawić.
Achird kiwnęła głową, próbując zasłonić dwa talerze na stoliku. Uwadze Segin nie uszła też dziwnie wypukła zasłona w kącie komnata przy oknie, ale wolała nie wnikać. Achird zawsze miała swoje tajemnice.
- Co chcesz ze mną zrobić? – zapytał Aiakos, gdy poszli dalej.
- Nie pytaj co chcę, bo by ci się to nie spodobało – stwierdziła złośliwie. – Zapytaj co muszę z tobą zrobić. O ile dobrze pamiętam, to mają tutaj gdzieś piwnicę...

Milo w dość podłym humorze przejechał się windą do Camusa. Snując się po całym domu Wodnika, próbował znaleźć właściciela owej posesji, ale na darmo, nigdzie go nie było.
- Szlag by cię – mruknął pod nosem Skorpion i zrobił sobie spacerek po schodach do góry.
Po drodze przeszedł przez pusty dom Ryb i zaczął się wkurzać i złorzeczyć. No bo jak to jest, że ani Camusa, ani Afro nie ma na swoich posterunkach? Aiolos postanowił zmienić architekturę, domu Barana w ogóle już nie ma...
Milo zatrzymał się w połowie drogi między domem Ryb a „Hotelem” i zadumał. Co za czasy, nikogo nie obchodzą reguły, do świątyni Ateny sprowadzają się baby i to jeszcze Amazonki...
„I mimo że jesteśmy we wciąż trwającym stanie wojennym, to wszyscy zdają się mieć to w dupie! Nie ma ich w swoich domach... no pomijając Mu, bo mu chałupę rozwaliło, ale reszta... założę się, że tylko ja jestem taki zajebiście obowiązkowy.” – myślał sobie ze złością.
– Za czasów Shiona było to nie do pomyślenia – stwierdził z nutką tęsknoty, ale zaraz otrząsnął się i mrucząc – Niech was wszystkich szlag – i polazł dalej do góry.
Po drodze natknął się na Amazonki, które, gdy zapytał gdzie się wybierają, odpowiedziały, że na zakupy, bo lodówka świeci pustkami. Milo zachował dla siebie uwagę, że nic w tym dziwnego skoro większość Goldów wprowadziła się tam opuszczając miejsca, których opuszczać nie powinni. Po raz kolejny westchnął nad upadającym etosem rycerskim i upewnił się w przekonaniu, że on - Milo Złoty Rycerz Skorpiona - jest już chyba jedynym prawdziwym i pełnym honoru egzemplarzem przemijającej najwidoczniej epoki (nie żeby czas rycerzy przeminął razem z średniowieczem _^_...).
W końcu doczłapał się na samą górę, gdzie niegdyś mieściła się Główna Świątynia, a teraz przytułek dla wszelkich możliwych istot.
Nagle potknął się o coś i wyrżnął jak długi.
- Moje, moje, moje, moje, moje – usłyszał narastający ryk.
Podniósł się i zobaczył pędzącego w jego kierunku Dohko z reklamówką z Tesco.
- Zostaaaaaaaw śpi!!! – darł mordę.
- Ja go mam nie obudzić, tak? – mruknął do siebie Milo.
Waga tymczasem dopadł do uśpionego pokemona wyglądającego jak kaczka _^_ wsadził gnoja do reklamówki, klepnął Skorpiona w plery, że aż się zgiął i dziękując pospiesznie popędził w kierunku czegoś wężo-podobnego sunącego po skałach w dół.
Milo popatrzył chwilę w ślad za nim, ale w końcu wszedł do środka budynku i udał się w kierunku miejsca, gdzie na pewno kogoś spotka.
I oczywiście spotkał. Przy wejściu do kuchni siedzieli i rżnęli w wojnę DM z Afro.
- A wy co?
- Gramy w karty – mruknął DM rzucając z błyskiem w oku damę na dziesiątkę.
- Ale dlaczego na podłodze przed kuchnią?
- Zajrzyj tam – poradził mu Afro.
Milo zajrzał i zaraz się cofnął.
- Stado Amazonek – stwierdził.
- Co ty powiesz?
- Wywaliły nas – mruknął Afro. – No to siedzimy przed kuchnią.
- A nie mogliście iść gdzie indziej?
- A po co? – Ryba spojrzał na niego jak na przygłupa. – Przecież wszyscy i tak złażą się do kuchni.
Milo z ciężkim sercem musiał przyznać Afro racje, w końcu z tego samego powodu i on tu przyszedł.
- Na kogo czekacie? – zapytał siadając z boku i przyglądając się grze.
- Ja próbuję upolować Shiona – powiedział Afro.
- A ja z braku zajęcia – dorzucił szybko DM. (jaaaaaasne :P)
- Co one tam tak długo robią? – zainteresował się Milo.
- Żarcie, wróciła Hera, więc muszę coś dobrego zrobić, a nie tosta z dżemem.
- Hera wróciła... – Skorpion lekko przybladł.
- Niestety – kiwnął smętnie głową DM.
- W takich chwilach jak ta, zastanawiam się gdzie jest Shion, gdy go potrzeba? – spienił się lekko Ryba (jak mydełko XD).
- Opierdala się...
Cała trójka westchnęła ciężko

Inna część Hotelu.
Tinwe wyszła ze swojego pokoju i skierowała się do kuchni, nie uszła jednak daleko. Tuż za drugim zakrętem ktoś złapał ja w pasie i zakrył usta dłonią. Próbowała się wyrwać, ale usłyszała znajomy głos.
- Proszę się uspokoić, to tylko ja.
Tinwe opuściła ręce na znak, że już jest spokojna, a wtedy dłonie intruza cofnęły się. Obróciła się do niego powoli z iście królewską godnością.
- Eithen – spojrzała mu prosto w oczy. – Co ty tu robisz?
Elf spuścił wzrok.
- Twój brat kazał Cię Pani szukać.
- Ile razy mam ci mówić, tylko nie pani. Znamy się od dzieciństwa, a ty nie możesz się oduczyć...
Eithen wciąż wpatrywał się w podłogę.
Tinwe uśmiechnęła się do siebie, podeszła dwa kroki do niego i wzięła za ręce.
- Czyżby mój brat się o mnie martwił – zapytała cicho.
Elf skinął głową i powoli uniósł wzrok, który spoczął na jej twarzy.
- Niech chociaż raz to on się martwi – westchnęła. – Ile razy on się w coś właduje... ale nie ważne. Eithen, teraz pójdziesz do Neithira i powiesz, że nic mi nie jest.
- Mam rozkaz cię przyprowadzić – stwierdził cicho.
- A co mnie obchodzą jego rozkazy – wkurzyła się nieco Tinwe. – Powiedz mi lepiej czy było dużo ofiar? Nie pamiętam końca walki – mruknęła.
Eithen zmrużył intensywnie zielone oczy.
- Ale nic mi się nie stało – szybko dorzuciła Elfka.
- Kilkoro zginęło – oświadczył. – Ale Pani, musimy iść!
- Żadna pani!!! – podniosła głos.
I wtedy ich wyczulony słuch odebrał jakieś dźwięki.
- Ktoś tu zaraz przyjdzie – szepnęła Tinwe i rozejrzała się dookoła.
Kilka metrów dalej dostrzegła niedomknięte drzwi, szybko pociągnęła w ich stronę Eithena.
- Właź i nie waż się nosa wystawić stąd zanim nie wrócę.
Elf chciał coś powiedzieć, ale ostrzegawczy błysk w oczach Tinwe go powstrzyma, kiwnął tylko głową na znak, że będzie na nią czekał.
Po chwili zza zakrętu wyszła Shuu w towarzystwie Mu.
- O Tinwe – uśmiechnęła się rozpromieniona Iluzoryczna.
- Dobry – uśmiechnęła się dość sztucznie w odpowiedzi Elfka.
- Dokąd to? Do kuchni?
Tinwe kiwnęła głową.
- Nie za późno na śniadanko?
- Wczoraj nie mogłam spać – stwierdziła smętnie Elfka. – Wszystko przez tę przygodę z pokemonami.
Mu przystanął.
- Z czym?
- No wczoraj wypuściłam pokemony... tego... eee Dohko.
Baran wybuchł śmiechem.
- Chciałbym zobaczyć jego minę – powiedział, gdy już atak śmiechu nieco przeszedł.
- To znaczy... – zadumała się na chwilę Shuu. – Że faktycznie widziałam dzisiaj jakieś dziwne stworzonko, wyglądające jak przerośnięta dżdżownica (żożownica XDDDDDD nie Nemi? :P) popierdalające po ścianie przy oknie. A myślałam, że mi się przyśniło...
- Nie, to bardzo możliwe – kiwnęła głową Tinwe. – Tam dużo dziwnych stworzeń było...
I tak plotkując sobie, razem we trójkę udali się do kuchni.


Komentuj (11)