06.06.2007 :: 21:50
145.
Przed kuchnią powoli zaczynał się zbierać niezły tłumek. Skądś przywędrował Alde z brudnymi naczyniami, ale Amazonki zabarykadowały się w kuchni i nikogo nie wpuszczały, no chyba, że swoich, a raczej swoje :P
Nieco później przypełzł Camus, wyglądał jak chodzące zwłoki, a w każdym razie tak jakby nie spał całą noc. (ciekawe dlaczego, nie?) Jakimś jednak szczęśliwym trafem miał przy sobie dwie talie kart i ekipa zaczęła grać w makao na cztery talie. Akurat kończyli partię, innymi słowy Ryba znowu przegrał, gdy zza zakrętu wypłynęły trzy kolejne osoby: Tinwe, Shuu i Mu.
Na ten widok DM aż zapomniał o swoim niedawnym zwycięstwie nad pozostałymi i siedział tak sobie, z szeroko otwartymi oczami wpatrując się w zjawisko idące w jego kierunku.
Tinwe odnotowała co prawda fakt, że Rak znajdował się wśród zebranych, ale nie do końca wiedząc czy i tym razem nie postanowi gdzieś uciec, wolała nie zwracać na niego uwagi.
„Nawet na mnie nie spojrzała” - pomyślał DM zgnębiony.
Przybyli przywitali się z ekipą okupującą korytarz i wymienili kilka standardowych uprzejmości, typu:
- Cholerny upał – stwierdził Alde.
- A w lodówce jeszcze wczoraj był zimny soczek – Shuu.
- Już ja wiem jak ten twój soczek wyglądał – mruknął złośliwie Ryba.
- A jak miał wyglądać, jak soczek pomarańczowy.
- Z wkładką? - zainteresował się Alde.
- Durne Amazonki – wypłynął na głębiny elokwencji Camus. - A tak chciałem się powachlować lodówką XD
Ekipa westchnęła jak na zawołanie.
- Kiedyś to były czasy – stwierdził ni z tego ni z owego Milo.
- No zajebiste – na zakręcie pojawił się Shura. – Chlać nie można było ani w czasie służby ani po... że o codziennej musztrze nie wspomnę. Stare dobrze czasy Shiona.
- Fakt – ziewnął Alde. – Nie ma za czym tęsknić. Właściwie bez Ateny i bez jakiegokolwiek WM zrobiło się całkiem znośnie.
- Całkiem znośnie to by było, jakby ktoś tu zamontował klimatyzację – jęknął Camus. – Dlaczego o tym nie pomyśleliśmy jak to cholerstwo budowaliśmy?
- Może dlatego, że w starej ruderze zawsze było chłodno? – podpowiedział Mu.
- WM... – Ryba próbował zrozumieć.
- Wielki Mistrz – mruknęła Shuu.
- Aaaaa faktycznie...
- Cami skarbie, byłbyś tak miły? – Milo zrobił słodkie oczy.
- Spierdalaj -_-‘ – odgryzł się zimnokrwisty. – Nie mam siły, jestem jak... jak ciuchy po praniu i wirowaniu.
- I wyżynaniu – dorzucił cicho Mu.
- Coś ty właściwie robił, że wyglądasz jak zombie – zainteresował się Shura i siupnął koło Wodnika w nadziei, że może powieje od niego chłodem.
- Biegałem po mieście.
- ... – konsternacja ogólna.
- Po cholere? – przerwał dzwoniącą w uszach ciszę Shura.
- Dla sportu – warknął. – Co was to obchodzi?!
- Mnie to się widzi, że dla sportu nie chciało by ci się dupy ruszyć – stwierdził Milo z miną znawcy. – Stary za dobrze cię znam. Coś ważnego musiało cię wywlec na miasto w upalną noc!
- Boshe... a może... na święte gacie Zeusa – Ryba wyglądał na oświeconego. – Może lodówka ci się zepsuła?!
- ...
- Buhahahahahaha – Tinwe kulała po podłodze.
- Muuuuhahahahahaha – Shuu poszła w jej ślady.
- Ej... – Mu nie wyglądał na zachwyconego. – A czego ty mnie w to wplątujesz?
- Sorki – wyszczerzyła się przepraszająco Iluzoryczna. – Taki już nawyk XD
„Śmieje się z Afro” – pomyślał markotnie DM. – „Woli jego... woli zgniło-rybnego niż mnie.”
- Ej panienki długo tam jeszcze? – wydarł się Milo.
- Trochę szacunku! – dotarła do nich odpowiedź z fortu „kuchnia”.
- Czyli jeszcze długo - podsumował Alde.
Dziewczyny tymczasem wreszcie się uspokoiły. Ryba siedział nabzdyczony, nie spodobało mu się, że został wyśmiany. DM zdołowany opierał się o ścianę i smętnie wpatrywał się w podłogę. Alde wspominał upojną noc i rozanielony uśmiech co jakiś czas nawiedzał jego twarz. Camus gdyby nie cholernie źle na niego działający upał, padłby jak długi i spał. Milo wspominał dawne czasy, gdy z Wodnikiem pili sobie i śpiewali szanty, teraz jakoś im się to już nie zdarzało. Shura kontemplował urodę Elfki i zastanawiał się czy to prawda, że na trzeźwo świat nabiera piękniejszych barw (filozof XD). Mu przyglądał się jak Shuu splata i rozplata sobie jednego warkoczyka. A Tinwe... zastanawiała się co by tu zrobić, żeby odciągnąć na bok Raka i z nim porozmawiać.
Podsumowując wszyscy mniej lub bardziej zdychali z powodu gorąca xD i czekali aż Amazonki poddadzą twierdzę zwaną potocznie kuchnią.
Wreszcie po dłuższej chwili ogólnego znudzenia i ciężkich westchnień, otwarto wrota. Amazonki przemknęły z jakimiś półmiskami i wsiąkły, poza jedną, która właśnie chowała ostatnią michę do szafki.
- Jedno mnie fascynuje – mruknął Milo wchodząc od środka. – Skąd ty się tu wzięłaś, przecież widziałem cię jak szłaś po zakupy.
Amazonka uśmiechnęła się z wyższością.
- Tak, zgadza się. Zdążyłam już wrócić i pozmywać.
- Ale jak... jak... nie widziałem cię na korytarzu – Ryba wysilał swój iście detektywistyczny umysł.
- Przez okno – Amazonka wywaliła jęzor na pożegnanie i wyszła z kuchni.
- Nie no wow – Shuu zakręciła się na środku kuchni. – Zrobiły żarcie i posprzątały XD nawet po nas.
- Miło z ich strony – dorzucił Camus który już stał przed otwartą lodówką.
- I zostawiły zapasy żarcia – stwierdził zaglądając mu przez ramię Milo.
- Jedzonko – Tinwe przypomniało się, że jest głodna.
- Co sobie życzysz? – pokłonił się przed nią Ryba gotowy do służenia za kucharkę.
DM biczował go spojrzeniem, ale słowa nie powiedział.
Alde zajął się w międzyczasie myciem przyniesionych przez siebie naczyń.
Shuu wyciągnęła z lodówki, artystycznie wyginając się nad ramieniem Camusa, mleko i jajka, a Mu jakby czytając w jej myślach wyciągnął z szafki mąkę i wręczyli to Rybie.
- WTF? – zdziwił się Afro.
- Masz zamówienie – uśmiechnęła się Shuu i zatrzepotała rzęsami. – Naleśniczki!
Alde odwrócił się, spojrzał na Rybę sceptycznie i stwierdził:
- Ja tam bym nie chciał jeść tego co on zrobi.
- Ale jaka filozofia zrobić naleśniki? – zdziwiła się Shuu.
- Dawaj to – Alde zabrał Rybie składniki i zabrał się za kucharzenie. – Nikt przy mnie nie będzie trucizny tworzył.
Ryba smętnie usiadł w kącie.
- Nikt mnie nie kocha, nikt mnie nie lubi...
- Żeby to nowość jaka była – podsumował ze złośliwą radością DM.
Tymczasem w innej części świątyni Amazonki podały swoje cuda sztuki kulinarnej i wycofały się z komnat królowej, zostawiając ją sam na sam z Herą.
Bogini zabrała się za jedzenie, Kaori jednak nie mogła nic przełknąć. Informacje jakimi zasypała ją Hera najnormalniej w świecie odebrały jej mowę. Wiedziała, że jest boginią przewrotną i dążącą do celu wszelkimi możliwymi sposobami, jednak tego się nie spodziewała...
- Nie jesz?
- Przepraszam... jakoś nie mam apetytu.
- Nie możesz się tak wszystkim przejmować. Pomyśl, że pobyt w świątyni Ateny był tylko jednym z etapów jakie przyszło wam przejść. Teraz jesteśmy na prostej drodze do zwycięstwa. Imperium nam już nie zagraża... jeśli ktoś miałby zagrażać to Hordy Piekielne lub Zastępy Pierzastych, ale to mimo wszystko nie ta sama siła.
Kaori nie wydawała się przekonana.
- Pamiętaj – kontynuowała Hera. – Same przyszłyście do mnie. Same zdecydowałyście się zdradzić Aresa i w imię starej wiary oddać pod moją opiekę. Chcesz się wycofać ze swojej przysięgi?
- Nie - szepnęła królowa Amazonek.
- To dobrze – uśmiechnęła się zadowolona bogini i powróciła do jedzenia.
Kaori natomiast czuła się niemal chora... Zdrada... Nikt tak naprawdę nie wie ile kosztowała ją tamta pamiętna zdradza Aresa. Nie żeby pałała szczególną do niego miłością, ale oszukiwanie, a tym bardziej zdrada nie leżały w jej charakterze. Teraz znów ma to zrobić... znów będą ją ścigać wyrzuty sumienia...
Po raz nie wiadomo który pomyślała, że fakt iż jest przywódczynią to chyba jakiś nieudany żart ze strony losu.
Świątynia Gai.
Vedzia leżała na swoim łożu (wielkim i ogromnym :P) i wpatrywała się nic nie widzącym wzrokiem w sufit. Wciąż w uszach brzmiały jej słowa Shamy... Plan... Plan, który nie podobał jej się w żadnym aspekcie. Ale wszyscy inny... Sauri, Kouri... nawet Rinou, mimo że tak nie znoszą Shamy... ten plan im zaimponował. Vedzia tymczasem wcale nie chciała atakować Goldów ani świątyni Ateny. Właściwie w ogóle nie interesował ją powrót do „dawnej świetności”, jak to nazywają.
- Dawna świetność – szepnęła. – Jaka znowu dawna świetność?!
Zerwała się z łóżka i stanęła twarzą w twarz ze swoim odbiciem. Odbiciem, które wyglądało jak ona, ale wiedziała, miała zupełną pewność, że to nie ona! To właśnie była Gaia. To jej świetność miała wrócić, nie Vedzi.
Słyszała od Kouri, że to lustro jest niezwykłe, że Shama wiele ryzykował wykradając je z Imperium. Podobno wywiązała się jakaś straszna walka, bo jak mówiła Kouri, nigdy tak pokiereszowanego Shamy nie widziała. Znając go, to cudo musi mieć jakieś specjalne możliwości, na darmo by się tak nie poświęcił.
Przyłożyła dłoń do chłodnej powierzchni. Jej odbicie uśmiechnęło się przyjaźnie, Vedzia natomiast przyglądała się szeroko otwartymi oczami temu co powoli, jakby zza mgły, pojawiało się za jej odbiciem... Przerażona kobieca twarz... wydawała się coś do niej mówić, może nawet wołać, ale do Vedzi nie dochodził żaden głos. Postać kobiety zbliżała się, aż w końcu stanęła za jej odbiciem... a właściwie za Gaią.
W smutnych oczach Różowa dostrzegała bezdenną rozpacz i bezradność. Kobieta już nic nie mówiła tylko patrzyła tak na nią...
- Kim jesteś? – zapytała.
Kobieta chciała odpowiedzieć, ale i tym razem Vedzia nic nie słyszała. Gaia natomiast obejrzała się. Kobieta skinęła głową przed boginią, Gaia odpowiedziała jej tym samym.
Vedzi już najwidoczniej nic nie było wstanie zaskoczyć.
- Słyszysz mnie? – zapytała.
Gaia znów odwróciła się do Różowej, a kobieta za nią skinęła głową.
- Powiedz... – Vedzi przeleciała szybka myśl o Shamie. – Czy znasz Shamę?
Kobieta zadrżała, jakby samo to imię było dla niej czymś obrzydliwym.
- Czyli znasz – westchnęła.
Kobieta kiwnęła głową.
- Niech zgadnę, on cię tam wpakował? – przytaknięcie nieznajomej sprawiło, że Vedzia upewniła się jeszcze bardziej, że Shama to wyrachowany i nieczuły potwór, który dąży do sobie tylko znanego celu po trupach.
- Można cię jakoś uwolnić? – kobieta wzruszyła ramionami.
- Skoro ty nie wiesz...
Tym razem zareagowała Gaia. Spojrzała prosto w oczy Vedzi, która zobaczyła główną komnatę za czasów świetności, jakby tam stała... Widziała jakieś drzwi... drzwi, których tam, z tego co pamiętała, nie było.
- Mam tam iść?
Gaia spojrzała najpierw na stojącą teraz tuż obok niej kobietę, a potem na Vedzię. Różowa w jednej chwili zrozumiała, tam może znajdzie sposób na uwolnienie tej nieznajomej. A jeśli dobrze pójdzie, może wyciągnie z tego lustra i Gaię? W ten sposób ona, Vedzia, nie będzie już potrzebna ani Shamie, ani nikomu innemu... Stanął jej przed oczami Milo... Może będzie mogła opuścić świątynie i znów go spotka? Może wybaczy jej, że wtedy go oszukała?
-------------------------------------------------
Odcinek z cyklu: Shuu uczy się do egzaminu XDDD
Komentuj (7)