01.08.2007 :: 07:09
146.
Świątynia Gai... no w każdym razie nie daleko.
Shama stał na skale i wpatrywał się nic niewidzącym wzrokiem w świątynię, która wyłoniła się spod ziemi po tak długim czasie...
Wiatr bawił się włosami i poszarpanym płaszczem zastygłej w bezruchu postaci. Zielone ogniki w tych zwykle wrogich oczach były prawie niewidoczne...
Wciąż i wciąż od nowa miał wrażenie, że czegokolwiek się tknie runie... a teraz patrzył na odzyskaną świątynię, na jedno z nielicznych zwycięstw i nie czuł nic...
Gdy Vedzia nieznanym mu sposobem dokonała tego cudu coś w nim drgnęło... ale teraz znów jego serce zamarło, na powrót stało się jak z kamienia...
Przymknął oczy, powróciły wspomnienia dawno zepchnięte w niepamięć. Cienie obróconego w nicość królestwa... prawa, których nigdyś przestrzegał... i które tak dawno temu skazały go na tułaczkę... i dawni przyjaciele... Wiedział, że conajmniej jeden z nich znajdował się nie daleko, tuż obok...
Rozpalone słońce zostało przysłonięte przez małą chmurkę i to przywróciło Shamę do rzeczywistości. Otrząsnął się z bezsensownych wspomnień i wolnym krokiem ruszył w kierunku świątyni.
Vedzia przekradła się niezauważona do głównej komnaty. Kryjąc się na wszelki wypadek w cieniu wszechobecnych kolumn, dążyła do ściany, na której w wizji przekazanej jej przez Gaię widziała drzwi. Przymknęła oczy i przywołała obraz wyryty w pamięci z zaskakującą dokładnością. Obejrzała się czy napewno jest tutaj sama i już bez wahania udała się dokładnie w miejsce gdzie powinny znajdować się drzwi, z boku, prawie w samym rogu... Stanęła naprzeciwko ściany w odległości nie większej niż pół metra i bezradnie wpatrywała się w poszarzały, gdzie niegdzie odpadający tynk.
Wyciągnęła rękę i opuszkami palców pogładziła ścianę. I co teraz?
„Drzwi” - myślała intensywnie. - „Tu muszą być drzwi.”
Nawet przez myśl jej nie przebiegło, że Gaia mogłaby jej ukazać fałyszywy obraz. Dlaczego miałaby to robić sama sobie?
Ściana delikatnie zadrżała i pojawiła się wąska szczelina, zdecydowanie zbyt mała, żeby się przez nią przecisnąć. Vedzia spróbowała spojrzeć do środka, co też znajduje się za tym murem, jednak jej wzrok nie mógł pokonać panoszącej się ciemności.
„No i jak mam się tam dostać?” - pomyślała przygnębiona.
Ściana widocznie nie zamierzała przesunąć się choćby o centymetr.
Westchnęła ciężko, oparła się plecami o zimny mur i powoli ześlizgiwała się w dół, aż w końcu usiadła na posadzce. Objęła ramionami kolana, zwiesiła bezsilnie głowę i pozwoliła, żeby włosy opadły jej na twarz.
Naprawdę chciałaby wreszcie coś zrobić! Miała już serdecznie dość siedzenia w tej przeklętej i zapomnianej przez cały świat świątyni, bycia traktowaną niczym królowa, bo na dłuższą metę stało się to dość uciążliwe. Całą duszą pragnęła się stąd wyrwać! Pytanie jak? Nigdy nie udało jej się wyjść dalej niż parę kroków poza świątynię, bo już miała obstawę w postaci, któregoś ze swoich wojowników, najczęściej zresztą był to Rinou.
Ocknęła się ze smętnych rozmyślań.. czy tylko jej się zdawało czy ściana faktycznie znów drgnęła i szczelina zrobiła się nieco szersza?
Szybko podniosła się i przyłożyła dłoń do przestrzeni oddzielającej jedną część muru od drugiej. Faktycznie tym razem była wstanie przeciągnąć przez szczelinę całą rękę. Nadzieja wstąpiła na powrót w Vedzię. Może gdyby teraz popchnęła, ściana przesunęłaby się akurat o tyle, żeby mogła się jakoś przecisnąć. W tej chwili Vedzia chwaliła sobie figurę jaką zostałą obdarzona, pomyślała z krzywym uśmiechem, że taka Silene czy Shuu nie miałyby szans (:P).
Jak się po chwili okazało, nie musiała nawet specjalnie wkładać zbyt dużo siły w pchanie ściany, ustąpiła sama.
Przed Vedzią otworzyło się przejście, ale jedyne co dostrzegała to zniszczona posadzka... co prawda pomieszczenie wydawało się większe, niż myślała na początku, jednak znaczna jego część pogrążona była w ciemnościach, których światło dobiegające z głównej komnaty nie mogło odegnać.
Nagle coś zamajaczyło jej... jakby błysk kolorowej lampki na choince...
„Przywidziało mi się” - pomyślała zgnębiona Vedzia. - „Tutaj nie ma nic...”
Jednak coś wyraźnie przyciągało jej wzrok, jakby nakłaniało ją, żeby jednak weszła do środka i udała się właśnie w najciemniejszą część...
Vedzia zmrużyła oczy, może jednak coś tam jest... Teraz już sama zdała sobie sprawę z jakiejś siły tutaj ukrytej, poczuła powtarzający się nakaz: „WEJDŹ!”.
Kiedy już miała podążyć za tym niemym głosem, ktoś złapał ją za ramię i odciągnął od ściany. Usłyszała dziwne słowa, w zupełnie jej nie znanym języku i szczelina na powrót zniknęła...
- Co ty próbujesz zrobić?!
- Shama... - szepnęła przestraszona nie na żarty.
W oczach Wojownika znów gorzał ów niebezpieczny zielony ognik.
- Pytam co chciałaś zrobić? - nie ustępował i darował sobie nawet wszelkie grzecznościowe wstawki, którymi dotychczas ją zasypywał.
- Coś mnie tam przyciągnęło – odpowiedziała cicho, niewiele mijając się z prawdą.
- Przyciągało? - powtórzył, mrużąc oczy.
Kiwnęła głową. W tej chwili miała ochotę stać się przeźroczysta. Jego badawczy wzrok sprawił, że prawie zapomniała oddychać.
- A może jednak... - mruknął jakby do siebie samego.
Vedzia absolutnie nic z tego nie rozumiała. Shama znów złapał ją za ramię i pociągnął w kierunku owej ruchomej ściany. Położył dłonie na zimnych murach i w tym dziwnym języku namówił ją do ponownego odsłonienia tajemnej komnaty, najwyraźniej ukrytej nie bez powodu.
Tym razem, gdy Vedzia stanęła na progu ciemnego pomieszczenia nie czuła poprzedniego nakazu, jedynie coś jakby strach, który nie pochodził jednakże od niej. Ten strach wydawał się emanuować dokładnie z tego samego kierunku, w którym przed chwilą ją ciągnęło.
Gdyby nie to, że sama była przestraszona pewnie uśmiechnęłaby się na myśl, że nawet puste komnaty boją się Shamy...
- Wejdź, skoro tego chciałaś – usłyszała zimny głos za sobą.
Postąpiła kilka kroków, chciała się odwrócić w stronę Shamy i zdobyć się na odwagę, żeby zapytać, po co ją tu wepchnął, gdy jakaś siła rzuciła nią w bok. Wylądowała na ścianie i aż skrzywiła się z bólu, gdy dotknęła ramienia, którym uderzyła w mur. Mimowolnie obróciła głowę i tam, gdzie przed chwilą stała, posadzka wydawała się jakby naruszona. Co to w ogóle było? Spojrzała w kierunku wejścia i z przerażeniem dostrzegła, że w milczeniu mocują się ze sobą Shama i Rinou.
- Pani uciekaj – rzucił Rinou. - On chciał cię zamienić w...
Nie dokończył, bo Shama dosięgnął jego gardła i zacisnął na nim ręcę.
Vedzia niewiele myśląc rzuciła się do wejścia i z całej siły uderzyła Shamę w brzuch. Nie spodziewał się tego i puścił Rinou. Ten tylko na to czekał, uczynił dłonią kilka nieznacznych gestów i jego przeciwnik poleciał do środka tajemniczego pomieszczenia. Złapał Vedzię za rękę i bez słowa pociągnął za sobą w kierunku wyjścia. Nie zatrzymując się biegli po porastającej wzgórze trawie, dalej... aż wreszcie świątynia zniknęła im z oczu.
Rinou opadł na ziemię próbując złapać oddech.
- Przez te wieki chyba się zastałem – wydyszał siląc się na uśmiech.
- Co tam się w ogóle stało? Nic nie rozumiem – Vedzia usiadła obok niego.
- Nie ma czasu na wyjaśnienia. Moje zaklęcie nie przykuło go na długo. Zdobyłem jedynie czas na ucieczkę. Sam tego jednak nie rozumiem Pani... dlaczego ciebie zaatakował.
- Zaatakował? Kiedy? - zdziwiła się Vedzia. - Ktoś mną rzucił o ścianę...
- To akurat byłem ja. Wybacz Pani, ale to jedyne co mi przyszło na myśl, gdy zobaczyłem co on zamierza.
- A co zamierzał? – Vedzia spojrzała mu w oczy.
Rinou nie odrywając od niej wzroku sięgnął po jej lewą dłoń i szepnął:
- Właśnie to zamierzał.
Vedzia spojrzała na własną rękę i w jednej chwili pojęła, że gdyby nie Rinou stała by w tej chwili w owej ciemnej komnacie zamieniona w kamienny posąg... Mały palec lewej ręki był bowiem w całości skamieniał.
Różowa poczuła, że w tej chwili wszystkie siły ją opuściły, zabierając ze sobą odwagę i wszelkie inne pozytywne wibracje (ale żem wypłynęła na różowego przestwór oceanu XD). Zwiesiła głowę i jedyne czego w tej chwili chciała, to móc znaleźć się we własnym pokoju zajmowanym w Imperium, zamknąć drzwi, rzucić się na łóżko i wypłakać. Po prostu prozaicznie wypłakać. Miała tego wszystkiego serdecznie dość.
- Pani – szepnął Rinou. - Musimy iść dalej.
Podniosła głowę. Wojownik już był na nogach.
- Nie mam na to wszystko siły – westchnęła.
Rinou wyciągnął do niej dłoń, a gdy nadal pozostawała obojętna na to co się wokół niej działo, wziął ją na ręce.
- Nie wiem dlaczego Shama rzucił się na swoją Boginię, ani skąd w głównej komnacie znalazła się jakaś ukryta komnata, wiem tylko, że moim zadaniem jest bronienie cie... - powiedział. - Vedziu... - dodał po chwili bardzo cicho.
Różowa spojrzała na niego szeroko otwartymi oczami... nie powiedział do niej per pani? Wtuliła się w jego ciepłe ramię i pozwoliła płynąć łzom... Cóż mogła na to poradzić, że wciąż widziała w nim Milo.
------------------------------------
Uwaga, uwaga, nie czepiać się żadnych literówek, bo piszę to to w programie, który za cholere nie chce podkreślać błędów, więc najczęściej ich po prostu nie widzę -_-. i nie, nie jest to notatnik ;/
Mam nadzieję, że docenicie fakt pojawienia się nowej notki...
Komentuj (11) 10.08.2007 :: 13:34
147.
Dom Panny.
Shaka odkleił wzrok od komputera i dumny z nowego wirusa, którego przed chwilą udało mu się zinstalować w bazie danych FBI, wstał i rozciągnął się aż mu w kościach zatrzeszczało. Próbując rozmasować zdrętwiały kark niespodziewanie odezwał się:
- Długo będziesz udawać, że cię tu nie ma?
Odpowiedziała mu tylko cisza.
- Nie odchodź. Nie o to mi chodziło. Twoja obecność mi nie przeszkadza, tylko zastanawia mnie, dlaczego tak długo tu jesteś?
Zamiast odpowiedzi, zaczęła się przed nim materializować kobieca postać, która ostatecznie przyjęła postać Segno.
- Nudziło mi się – powiedziała po dłuższej chwili wzajemnego mierzenia się wzrokiem. - A ty masz ciekawe rozrywki – dodała uśmiechając się nieco złośliwie.
- Ktoś musi dopilnować, żeby nie osiedli na laurach – odpowiedział swobodnie blondyn i przy okazji zauważył jednego z wielu kapsli w swoich włosach, których do dzisiaj nie udało mu się wyplątać.
Zaklął w myślach po czym zwrócił się znów do Segno.
- Dlaczego jeśli wolno zapytać takiej niezwykłej istocie miało by się nudzić?
Uśmiech znikł z twarzy Segno.
- Niezwykła istota... może, gdybym była niezwykła na swoje życzenie, to trochę inaczej bym do tego podeszła, ale mnie zmieniono w to czym jestem teraz... siłą mnie zmieniono.
- Rzeczywiście to może wszystko zmienić – mruknął Shaka. - Ale jeśli faktycznie tak ci się nudzi, to nie mam nic przeciwko, żebyś została u mnie. Nie wątpię, że i komputery w którymś momencie ci się znudzą.
- Nie liczyłabym na to – uśmiechnęła się z wdzięcznością Segno. - Powiedz mi tylko jak dobry masz transfer, chętnie bym poglądała Star Gate.
- Star Gate – Panna przyjął nieprzenikniony wyraz twarzy. - Transfer nie będzie nam potrzebny.
Segno spojrzała na niego pytająco.
Shaka podszedł do zamkniętej komody i wyciągnął płyty DVD ze wszystkimi seriami :P (włącznie z najnowszą XD).
- Widzę, że za szybko to mi się tutaj nie znudzi – podsumowała Segno.
Pokój naszej ukochanej parki :P (zgadnijcie kogo :P)
Shuu siedziała na parapecie okna i podziwiała światła miasta odbite w morzu.
- Czasami mnie zadziwiasz – usłyszała głos Mu leżącego na łóżku (w zachęcającej pozie XD) i przyglądającego się jej od dłuższej chwili.
- Tylko czasami? - prychnęła nie odwróciwszy się nawet do niego.
- No... juz trochę się znamy – zauważył Baranek.
- I w związku z tym stałam się przewidywalna?
Mu westchnął.
- Czy ja coś takiego nawet zainsynuowałem? Nie! Wciąż zadziwia mnie jak potrafisz usiąść gdzieś i zupełnie zatopić się w innym świecie. Tak samo było na początku w Tybecie. Pamiętasz?
Odwróciła głowę w jego stronę i tylko skinęła powoli głową.
- Nawet teraz nie wpuszczasz mnie do swojego świata – dodał z uśmiechem, ale wyczuła delikatną nutę żalu.
- A co spodziewasz się zastać w tak zwanym moim świecie?
- Nie wiem – przyznał.
- No więc widzisz! Może lepiej zostawić ci takie romantyczne wrażenie, że mam jakiś tam mój świat, a nie tylko wpatruje przed siebie bezmyślnie – stwierdziła Shuu.
Nagle coś przemknęło tuż za oknem i Iluzoryczna spadła z parapetu, tak ją to wystraszyło.
- A ty co teraz trenujesz? - roześmiał się Mu nie ruszając się z łóżka.
Shuu niepewnie stanęła na nogach i wyjrzała przez okno. Nic. Ani śladu czyjejkolwiek obecności, a przysięgłaby, że ktoś lub coś przeleciało tuż obok niej, niemal jej dotykając. Znów jakiś cichy głos w środku podpowiadał jej, że powinna zacząć mieć złe przeczucia, czego nie omieszkała zrobić _^_;
- Mam złe przeczucia – mruknęła XD
- Ty i te twoje przeczucia – westchnał Mu i zwlekł się z łóżka czując, że delikatne obłoki romantycznej atmosfery właśnie opadły bezpowrotnie.
Podszedł do niej, wciąż stojącej przy oknie, objął i szepnął:
- Zostaw te swoje przeczucia, nie jest ci z nimi do twarzy.
Shuu uśmiechnęła się blado. Prawda była taka, że ostatnio bardzo często nawiedzały ją jakieś złe przeczucia, niczym nie usprawiedliwione myśli, że to co teraz jest już za chwilę zniknie... że czas ucieka, jak ziarnka piasku w klepsydrze. Nie wiedziała jednak co ma się stać, gdy owych ziarenek zabraknie.
Nieznana bliżej lokalizacja.
To była ale walka. Prawdziwa bitwa! Gdyby tylko było więcej światków może nawet przeszłaby do historii, nawet jeśli nie z Feniem w rolach zwycięzcy.
Nie wiedział, gdzie się znajduje. Czuł jedynie, że jest dość zimno i twardo... czyżby zaszył się w jakiejś jaskini?
Nie miał siły nawet podnieść się i rozejrzeć. W takich chwilach ja ta żałował, że nie jest Feniksem w całości, o ile mniej uciążliwe byłoby umieranie i odradzanie się, a nie regenerowanie... męczące i długotrwałe...
Spróbował sie poruszyć, ale jak błyskawica ból poraził go i zaniechał dalszych prób.
Przypominał sobie walkę...
Plan był prosty dorwać zdrajców i skasować z oblicza tego świata. Plan jednak nie brał pod uwagę faktu, że czterej główni oponęci staną ramię w ramię i rozprawią się z nim wspólnymi siłami. Jak to w ogóle możliwe, żeby Czterej Kardynałowie współpracowali ze sobą z taką zgodnością? Widać nie było go w Imperium dłużej niż przypuszczał. Zresztą to co zostało z jego Imperium wołało o pomstę do nieba... które zresztą patrzyło na ów upadek z zachwytem.
Nigdy by nie przypuszczał, że Ares porzuci swoją dumę niezwyciężonego wojownika, żeby zniżyć się do tchórzowskiego współdziałania...
Nigdy by też nie przeszło mu przez myśl, że Xavier dysponuje taką mocą... największą z całej czwórki. Musiał ją jakoś ukrywać inaczej Imperator dawno by się zajął takim zagrożeniem. Bowiem Imperium tworzone było z ludzi obdarzonych zdolnościami, ale gdy pojawiali się tacy, którzy objawiali zdolności mogące w jakimś stopniu zagrozić Imperium, Feniu podejmował odpowiednie kroki, żeby owo zagrożenie zniwelować. Najczęściej nakładał na nich zaklęcia nie pozwalające na dalszy rozwój. Najprostrze i niemal nie wykrywalne zaklęcia. Ale Xavier? Zawsze wydawał się najsłabszy... zachowujący się jak dziecko...
Feniu musiał przyznać, że dał się nabrać na ten kamuflaż... co więcej zaczął zdawać sobie sprawę z tego, że wybór Xaviera na Czwartego Kardynała, nie był do końca jego osobistym... sugestia...
Xavier okazał się bardzo sprytnym przeciwnikiem...
Natomiast zastanawiało byłego Imperatora (:P) kiedy Ed rozwinął tak skrzydła?! Stał się nieoficjalnym przywódcą i cała ta bitwa wydawała się przez niego zainscenizowana... Wszyscy robili dokładnie to, co powinni... tak, że w którymś momencie prawie już go mieli... ale prawie robi wielką różnicę.
Feniowi udało się jakoś, niechlubnie trzeba przyznać, uciec.
Teraz odczeka trochę, zregeneruje się i znajdzie sposób, żeby dorwać zdrajców!
--------------
za błędy sory :P
Dzisiaj miałam egzamin XDDD to tak odstresowująco napisałam XD i zaczęłam pisać opowiadanie... po ANGIELSKU XDDD jeszcze trochę i zacznę po koreansku to dopiero będzie ale wesoło :P
Komentuj (33)